Reklama

Jedyny dzień w roku, kiedy warto być pułtuszczaninem – tylko nie w tym!

Miasta powiatowe w całej Polsce zmagają się z olbrzymim problemem – świecą pustkami przez praktycznie cały rok.

Żeby zobaczyć grupę ludzi na mieście, trzeba naprawdę się postarać; musi być ciepło i musi być piątek lub sobota. Nie jest to tylko problem Pułtuska, bo i w Makowie, i w Wyszkowie wyjście z domu o godzinie dziewiętnastej w środę może poskutkować tym, iż znajdziemy się na ulicy kompletnie sami. Jest to problem całego społeczeństwa, prawdopodobnie spowodowany pandemią, kiedy to duża grupa ludzi wchodzących w okres dojrzewania została nauczona zostawania w domu każdego wieczoru. Widać tego odcisk w wielu dziedzinach życia, np. w gastronomii, gdzie od jakiegoś czasu większość zamówień jest składanych z dowozem do domu. I tak z roku na rok jest lepiej – można już zobaczyć coraz więcej ludzi wieczorami siedzących w Magdalence, przechadzających się po alejkach i okupujących parki. Niemniej jednak, w dzisiejszych czasach spotkanie jednej, czterosobowej grupy młodych ludzi na mieście wzbudza zaskoczenie i komentarz o treści „Ale dzisiaj ludzi na mieście!”.

Do tej pory natomiast był jeden, jedyny dzień w roku, kiedy naprawdę Pułtusk tętnił życiem i był dniem, gdy wszyscy byli na rynku.

Reklama

Fakt faktem, Dni Mateusza to bardzo romantyczny dzień w życiu naszego miasta. Pomarańczowe latarnie oświetlające ulice, mnóstwo straganów, jedzenia i znajomych, których możemy spotkać po drodze, całe życie naszego małego zakątka świata obraca się wokół rynku i wokół sceny głównej. Naprawdę klimatyczne i wyjątkowe święto – nie kolejne dni miasta, dni MATEUSZA, jedyne w swoim rodzaju, gdzie Pułtusk prezentuje się w pełnej okazałości. Coś, czym warto się chwalić, coś, na co mieszkańcy innych miast ustawiają się kolejkami, aby to zobaczyć. Dla mnie to był dzień, w którym ktoś mógł poznać to, za co kocham to miasto, i dostrzec te szczegóły, które zazwyczaj bywają ukryte dla przejezdnych.

To bardzo długi wstęp, aby dotrzeć do punktu kulminacyjnego tego artykułu, do wielkiego ALE, które muszę tu postawić, bo po to ów artykuł piszę. Mianowicie, mówiąc, że Pułtusk prezentuje się w całej okazałości, miałem na myśli raczej te pozytywne rzeczy – mógłbym się godzinami rozwodzić, co uwielbiam w tym mieście. NATOMIAST, włodarze w tym roku postanowili, aby wszystkich uświadomić, jaki Pułtusk jest w swoim sercu i z jakimi problemami się zmaga.

Reklama

Mianowicie, nie owijając dłużej w bawełnę, jestem... zawiedziony? Nawet szczerze trochę zły, bo plan artystyczny tegorocznego wydarzenia to... no dno. Przynajmniej dla mnie.

Przedstawię sytuację tak: Zazwyczaj Dni Mateusza obejmowały dwa/trzy główne występy. Jeden wykonawca mniejszego sortu, jeden wykonawca radiowy młodszego pokolenia (dość rozpoznawalny) i na finał jakiś klasyk polskiej muzyki, znany i lubiany przez wszystkich. Raz było lepiej, raz gorzej, ale co do zasady zawsze ten plan Dni Mateusza to było coś, gdzie każdy znalazł coś dla siebie.

Reklama

W tym roku mamy dwóch headlinerów. Dawid Kwiatkowski to na pewno wykonawca na poziomie, niezaprzeczalnie. Znany na całą Polskę, z muzyką radiową, nie można się z tym kłócić. Ale... To jest finał? Wiadomo było, że występuje na Dniach Mateusza od początku roku, ale miałem naprawdę szczerą nadzieję, że będzie to jeden z dwóch głównych wykonawców tego wieczoru – tak jak był Baranovski i Budka Suflera, albo Ania Dąbrowska i ExMaanam. Przyznam, że była to taka przyjemna symbioza, bo jakby występował tylko jeden z tych dwóch artystów, to byłbym zawiedziony – bo to tak, że żaden z nich nie jest powszechnie kochanym artystą głównego nurtu, tylko każdy z nich był taki W MIARĘ FAJNY, ale dwa w miarę fajne koncerty to już naprawdę bardzo przyjemne wydarzenie. Plus, co warto podkreślić, przed nimi często występowali inni artyści, którzy mimo zdecydowanie mniejszej popularności prezentowali wysoki poziom profesjonalizmu scenicznego, byli przyjemni w odbiorze.

No a w tym roku jest tylko Kwiatkowski – wykonawca, który, no nie okłamujmy się, jest słuchany głównie przez ludzi po czterdziestce I UWAGA – NIE MA W TYM NIC ZŁEGO! Muszę to podkreślić, bo Dni Mateusza mają być dla wszystkich, ale no właśnie – Dawid Kwiatkowski nie jest idolem młodzieży, nie jest wykonawcą młodzieży – jest wręcz wiele lat po swoim szczycie komercyjnym. Jest to ulubiony „młody” wykonawca osób w średnim wieku. Nie jest to coś, na co młodzi ludzie (których perspektywę reprezentuję!) rzucą się z okolicznych miast. Robi przyjemną muzykę, ale jest bardziej znany z bycia jurorem i celebrytą, niźli z samej muzyki. Sam koncert Kwiatkowskiego nie jest oszałamiający dla młodzieży i tyle. Przydałoby się coś jeszcze – no chyba, że o kimś zapomniałem...

Reklama

A no.

No właśnie.

Bo support Kwiatkowskiemu robi... Jacek Szyłkowski.

Byłem w autentycznym szoku, gdy to usłyszałem. Naprawdę? Z całym szacunkiem dla pana Jacka – jest to zdecydowanie swego rodzaju ikona pułtuskiej muzyki, ma nawet swoją gwiazdę w Ciechocinku. No, ale chyba nie jest tajemnicą, dlaczego tę gwiazdę tam ma – a dla tych niezorientowanych, spieszę z wyjaśnieniem: Ciechocinek słynie oczywiście z sanatoriów i właśnie w tych sanatoriach Szyłkowski podbił serca wielu fanów. Jest to wykonawca STRICTE ubóstwiany przez... emerytów. I PO RAZ KOLEJNY, NIE MA W TYM NIC ZŁEGO! Ale kto zezwolił na to, że jest to drugi największy wykonawca najważniejszego wydarzenia w pułtuskim kalendarzu? Jak dla mnie to jest wręcz autoironiczne – Pułtusk, wyśmiewany przez młodzież jako miasto emerytów, gdzie nie ma nic do roboty i perspektyw na życie – jako drugą gwiazdę wieczoru ustawia króla sanatoriów, muzyka, którego młodzi ludzie znają co najwyżej z tego, że ich ciotka, która w wieku 70 lat założyła sobie Facebooka, udostępnia go na swoim profilu. I jeśli ktoś chciałby powiedzieć, że niezależnie od wieku jest pewna muzyka, która jest nieskalana ostrzem czasu, to warto zaznaczyć – jest taka muzyka i pan Szyłkowski jej w najmniejszym stopniu NIE reprezentuje. To jest fakt, a nie opinia.

Reklama

Można też się kłócić, że to nasz lokalny wykonawca, legenda – trzeba go wspierać. I ja się z tym zgadzam! Ale gdzie miejsce na innych wykonawców z naszych terenów, którzy od lat nie dostali szansy u nas wystąpić, a na pewno nie przed taką publiką? Chociażby pułtusko-makowski Carol Markovsky – zespół, który był w Sopocie, ma szeroką publikę w Warszawie, ale coraz mniej ludzi wie, że ich korzenie sięgają Pułtuska, coraz mniej ludzi w ogóle wie, co to za zespół! Ostatni raz w Pułtusku byli w 2022 roku, a na Dniach Mateusza pojawili się raz, w 2018, i to długo przed swoim szczytem rozpoznawalności. Ale to tylko przykład, takich wykonawców naprawdę dałoby się znaleźć o wiele więcej.

I po raz kolejny zaznaczę, TO NIE SĄ ZŁE WYBORY! Ale tegoroczny plan wydarzeń wygląda tak, jakby brakowało w nim dwóch koncertów przed Szyłkowskim i jednego, gigantycznego po Kwiatkowskim. Bo zanim spytacie – przed panem Jackiem występ daje młodzieżowa orkiestra dęta – i słowo młodzieżowa nie odnosi się do grupy wiekowej, w którą orkiestra celuje. Chociaż mnie osobiście najbardziej ten koncert ciekawi ze wszystkich – naprawdę orkiestra ma fajne aranżacje!

Reklama

Nie muszę chyba dodawać, że Kamil Nosel w roli prowadzącego nie robi na mnie większego wrażenia, nie mam pojęcia kim ten człowiek jest, a jak dla mnie Bednarek sprawdzał się zawsze bez zarzutuów. Ochman w bazylice to jest akurat fajna sprawa, ale to myślę, że dla mnie osobiście i mało kto z mojej grupy wiekowej będzie podobnie zainteresowany.

Nie chce mi się iść na tegoroczne Dni Mateusza – i nie jest to takie „pfff, nie chce mi się”, tylko to jest bolesne „nie chce mi się” – bo nie ma tam nic ciekawego! I wiem, że nie tylko ja tak myślę. Nie wiem, czy kiedykolwiek był tak słaby program tego wieczoru jak w tym roku. Dla mnie podchodzi to pod absurd, że ktoś siedząc w urzędzie, stwierdził, że to jest świetny pomysł. I ja wiem, muzyka młodzieży nie jest... że tak to ujmę... „urzędowa”. Wiadomo, że na dni miasta nie zaprosi się Fagaty i Skolima, ale czy naprawdę nie było tam miejsca na jeszcze jednego wykonawcę z wyższej półki? Polska scena muzyczna ma się naprawdę dobrze i dałoby się znaleźć kogoś, kto uzupełniłby tegoroczny plan – nie chcę rzucać przykładami, bo wiem, że pieniądze są limitem, ale Dżem albo Happy Sad na pewno nie byli tani – na pewno natomiast byli świetni.

Reklama

Naprodukowałem się, a i tak nikt tego nie przeczyta. Myślę, że aby w pełni zrozumieć mój żal, trzeba mieć też tę cichą chęć w sercu, aby ktoś przyjechał do nas z Wyszkowa, Przasnysza i pomyślał „Jezu, ale to jest fantastyczne miejsce”. Do tego trzeba wiedzieć wiele o życiu naszego miasta i tym, jakie ma problemy. Natomiast zdaniem podsumowania, którym mogę streścić ten artykuł: Śmialiśmy się z ludźmi z mojego otoczenia, że Dni Mateusza to jedyny dzień, gdy warto być pułtuszczaninem, no, ale w tym roku, będąc poniżej 35. roku życia, to nawet 19 września nie warto.

UWAGA – JEST TO IRONIA.

Reklama

Kocham nasze miasto.

I przez to, że je kocham, to często go nienawidzę.

I wiem, że nie tylko ja!

 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 14/09/2026 15:19
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo pultusk24.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości