Reklama

Powódź 79 - Wspomnienia Eugeniusza Rainko

Mija dokładnie 47 lat od nocy, która na zawsze zmieniła oblicze Pułtuska. W 1979 roku rzeka Narew przestała być sielskim elementem krajobrazu, stając się niszczycielskim żywiołem, który uwięził mieszkańców w domach i odebrał im poczucie bezpieczeństwa. Aby ocalić od zapomnienia te dramatyczne chwile, publikujemy unikalne wspomnienia pułtuszczan. Świadectwa walki z wielką wodą, solidarności w obliczu tragedii i strachu, którego nie da się zapomnieć, zostały spisane w 2019 roku na potrzeby wyjątkowego albumu wydanego przez Wydawnictwo Aleksander z okazji 40. rocznicy powodzi.

Słowa dajcie chleba dla dzieci na zawsze utkwiły mi w pamięci
Kiedy przyjechałem do Pułtuska, od razu rozpocząłem pracę w szkole. Było to wtedy Technikum Radiowe i Zasadnicza Szkoła Zawodowa nr 1. Pracowałem tam aż do emerytury.
W kwietniu 1979 r. Narew zaczęła przybierać, pojawiały się informacje, że w niektórych miejscach jest niebezpiecznie. Służby oraz ludzie cywilni umacniali wały przeciwpowodziowe workami z piaskiem. Mieszkałem wtedy w kamienicy przy ul. Kotlarskiej, początkowo z trzema kolegami, później w czasie powodzi mieszkałem już z żoną i jej rodzicami, w tej samej kamienicy. Byłem w domu, kiedy zawyły syreny, co zwiastowało nadchodzący kataklizm. Nie pamiętam dokładnie, która to była godzina. Wyszedłem, kierując się na mostek świętojański, aby zobaczyć sytuację na kanałku. Woda przybierała szybko. Brat mojej żony mieszkał na Świętojańskiej, bliżej rynku, poszedłem więc do niego sprawdzić, czy wszystko w porządku i wróciłem do siebie. Dołączył do mnie kuzyn, brat teściowej i razem czekaliśmy na rozwój wydarzeń.
Ze wspomnień mojego teścia o powodzi z 1958 r. wiedziałem, że woda zalała wtedy tylko ulicę, nie podeszła do bramy, ani do podwórka. Według tych informacji wymierzyłem wszystko i stwierdziłem, że woda w mieszkaniu może osiągnąć 10, 15, góra 20 cm wysokości. Po drugiej stronie ulicy ktoś rozpoczynał budowę. Stamtąd wziąłem pustaki, na których postawiłem meble, tak na wszelki wypadek, będąc przekonanym, że z tym zabezpieczeniem powinno być dobrze.
W pewnej chwili usłyszałem bardzo głośny szum, dobiegający z piwnicy. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem, jak z rur kanalizacyjnych leciały fontanny wody.
Woda weszła już do mieszkania, więc znów popędziliśmy po pustaki. Szafy, stół i wszystkie inne meble stały w wodzie, więc pustaki nic by tu nie pomogły, powrzucaliśmy tylko na szafę ubrania z dolnych półek. Lodówkę przenieśliśmy do sąsiadki mieszkającej na pierwszym piętrze. Przyjechał po nią syn – Tadek Miłoszewski, zanim jednak zabrał ją do siebie, dała nam klucz i zaproponowała żebyśmy nocowali u niej. Tak też zrobiliśmy. 
Rano wstaliśmy, wyszliśmy na balkon i patrzyliśmy. Nagle ktoś krzyknął: „Trup płynie, trup płynie!” Rzeczywiście, coś płynęło ze Świętojańskiej w Kotlarską. Ktoś powiedział: „Przecież to trup – kobieta.” kiedy jednak podpłynęła bliżej okazało się, że to manekin. Nurt przeniósł go aż w naszą ulicę. Nie pamiętam już, zza którego domu wypłynął, ale tak jak wcześniej płynął w ubraniu, tak teraz wypłynął bez.
W naszym mieszkaniu wody było aż pod parapet. Wszystko, co stało wcześniej na podłodze, pływało. Zostały tam wszystkie moje rzeczy. Niektóre zostały przeniesione wyżej, żeby się nie zamoczyły, ale buty nie, zostałem więc tylko w kapciach.
Wyszedłem do bramy, żeby ktoś mnie przewiózł na suchy ląd. Jakiś nieznajomy podpłynął do bramy i zaproponował, że mnie przewiezie. Popłynęliśmy ulicą 3 Maja, tam woda stała jeszcze powyżej przychodni. Dalej, w okolicach bloków i kamienic było już sucho. Tam mnie zostawił, wynosząc z łodzi na plecach. Zadowolony szedłem do szkoły i po drodze spotkałem koleżankę mojej żony, która szła do pracy z bloków – żona pracowała wtedy w aptece. „Co tam u was?” - zapytała, „wszystko w porządku” - odpowiedziałem. „Jest sucho, nawet do pracy idę w kapciach” - zażartowałem. Ona na mnie popatrzyła i nagle się rozpłakała.
Poszedłem do szkoły. Było w okolicach 8 rano, ale w szkole wszystko było już przygotowane do ewakuacji ludności. Młodzież zwolniono z zajęć lekcyjnych. W pracy spotkałem się z Wojtkiem Błaszczykiem. Zaproponowałem, żebyśmy zrzucili wszystkie łódki, w tym nową, niedawno kupioną. Wojtkowi było jej bardzo szkoda, ale ostatecznie zrzuciliśmy i ją.
Bazę mieliśmy tam, gdzie wcześniej mieścił się Urząd Skarbowy, przy ul. Daszyńskiego. Stały tam wszystkie nasze łódki i stamtąd pływaliśmy. A tu, gdzie obecnie mieści się Urząd Skarbowy, był sklep odzieżowy „Elegancja”.
Pamiętam dobrze pierwsze wypłynięcie. Do tej nowej Omegi miałem silniczek boczny – timlerek, który przykręciliśmy do łódki. Popłynęliśmy nią, żeby dostarczyć pieczywo i mleko rodzicom kolegi, mieszkającym w Rynku.
Kiedy wpływaliśmy w podwórka... to było najgorsze… kiedy kobiety mówiły „dajcie chleba dla dzieci.” Byłem świadkiem wielu wydarzeń, ktoś narzekał, ktoś mówił inne rzeczy, ale najgorsze było to „chleba dla dzieci”. Zawsze, gdy wspominam te słowa, łzy mi lecą.
Potem ciągle gdzieś pływaliśmy, żeby zawieźć żywność i wodę do picia. Moja rodzina – żona z najstarszym synem i teściowie pojechali do Warszawy, a ja z kolegami ze szkoły pomagaliśmy jak tylko mogliśmy. W pomoc zaangażowani byli prawie wszyscy nauczyciele z technikum, ci, którzy nie pływali dowozili różne rzeczy samochodami. Później z innych WOPR-ów przyszły dodatkowe łódki.
W Pułtusku w pewnym momencie stan wody w mieście był wyższy niż w Narwi. Działo się tak, ponieważ woda, która spływała z wału, przerwanego poniżej radzieckiego cmentarza, nie miała odpływu z drugiej strony. Dopiero, gdy na drugi czy trzeci dzień wysadzili wał przy moście wyszkowskim, woda zaczęła schodzić. Główny nurt tej schodzącej wody szedł ulicą Polonii (dawniej Wolności) przez kanałek i ulicą Panny Marii. Był tak duży, że ciężko było pływać i bywało niebezpiecznie. Oczywiście Świętojańską też szedł, ale mniejszy. Pamiętam taką sytuację, kiedy płynęliśmy Omegą z kolegą, który już nie żyje i z taką starszą panią, nauczycielką. Dopływaliśmy właśnie do mostku świętojańskiego, kiedy zauważyłem przed nami amfibię i dwie łódki wędkarskie, a nie mogłem się zatrzymać, bo by mnie ten nurt zniósł. Zwolniłem więc maksymalnie, łódki zaczęły się rozpływać, zrobiła się luka i wpłynąłem w nią co prawda, ale zawadziłem o barierkę na moście. Łódka mocno się zakołysała, a nasza pasażerka, przerażona złapała się za głowę, padła na kolana i krzyknęła „o Jezu!”.
Z uwagi na to, że całymi dniami pływaliśmy, żeby pomagać ludziom, dostaliśmy wodery, czyli gumowe buty długie do pasa. Mało tego, mieliśmy jeszcze takie szczelne „spodnio – buty”, które sięgały od dołu prawie do ramion, co było bardzo przydatne, bo czasami trzeba było wejść do wody. Któregoś razu pewna pani poprosiła mnie, żebym ją zawiózł do matki, na ulicę Stare Miasto, czyli bardzo blisko wału. Powiedziałem jej, że teraz nie można tam płynąć, bo jest bardzo niebezpiecznie z uwagi na duży nurt na ul. Panny Marii. Kobieta jednak nalegała, a kiedy spotkała się z kolejną odmową, powiedziała „O tak! Swoim to pomagają, biorą, a innym to nie chcą!”. W końcu, nie chcąc słuchać jej krzyków, zgodziłem się. Razem z nami popłynął ze mną jeden z pracowników z naszej szkoły. Wypłynęliśmy z Daszyńskiego. Na Starym Mieście trzymaliśmy się ogrodzeń po lewej stronie. Kiedy dopłynęliśmy do Panny Marii, mimo naszych manewrów łódkę wcisnęło między słup elektryczny a ogrodzenie budynku LOK-u. Pod naporem wody łódka zaczęła się łamać. Wskoczyłem do wody, żeby ją wyciągnąć. Obok przepływało dwóch znajomych, którzy pracowali wtedy w straży wędkarskiej. Oni też byli w wodoodpornych ubraniach, więc wskoczyli do wody i razem wyciągnęliśmy naszą łódkę i na szczęście nikomu nic się nie stało. Kiedy dopłynęliśmy na miejsce, kobieta wysiadła i powiedziała „ja nie wiedziałam... Już więcej nigdy w życiu nie wsiądę na łódkę”. Odpowiedziałem jej tylko, że jeśli się mówi, że jest niebezpiecznie to trzeba słuchać, a nie krzyczeć.
Raz płynęliśmy od strony rynku z Wojtkiem Błaszczykiem, większą łodzią z dużym silnikiem, pożyczoną od WOPR-u. Przepływając obok kina, zwróciłem uwagę, żeby Wojtek uważał na słupki oddzielające chodnik od ulicy. Stanął więc na dziobie i obserwował. Nie udało się jednak uniknąć konfrontacji ze słupkiem i Wojtek wpadł do wody, ale nie „na placek” tylko na główkę, bo jakimś cudem zdążył ładnie złożyć się do skoku.
Łodzią od WOPR-u pływaliśmy też na Rybitew, tu gdzie teraz są Rodzinne Ogródki Działkowe. Teren ten wyglądał wtedy jak Zalew Zegrzyński. Poziom wody, a w zasadzie różnica w poziomie, była zaskakująca na Rynku – przy dzwonnicy było około dwóch metrów. Stał tam żuk z plandeką, która wystawała maksymalnie może 20 cm ponad wodę, a przy Magdalence, tam gdzie jest fontanna było zupełnie sucho.

Eugeniusz Rainko,

Reklama

nauczyciel w Technikum Radiowym i Zasadniczej Szkole Zawodowej nr 1
 

Tekst pochodzi z albumu "Wielka Woda 1979 - czterdzieści lat temu w kwietniu " 

Serdecznie dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł. Na portalu Pultusk24.pl każdego dnia piszemy o najważniejszych wydarzeniach Pułtuska, powiatu pułtuskiego, Mazowsza a czasami Polski i świata. Bądź na bieżąco! Obserwuj Pultusk24.pl w Wiadomościach Google. Odwiedź nas także na Facebooku, Instagramie bądź YouTubie.

Tekst Ci się podobał? Niech przeczytają go inni – udostępnij na FB, wyślij link znajomym.

Reklama

Chcesz podzielić się ciekawym newsem lub zaproponować temat? Byłeś świadkiem ważnego wydarzenia. Chcesz abyśmy w jakieś sprawie przeprowadzili dziennikarskie śledztwo. Skontaktuj się z nami, pisząc maila na adres: redakcja.pgp@pultusk24.pl

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 01/04/2026 12:31
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo pultusk24.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości