Reklama

Powódź 79 - Wspomnienia Wojciecha Błaszczyka

Mija dokładnie 47 lat od nocy, która na zawsze zmieniła oblicze Pułtuska. W 1979 roku rzeka Narew przestała być sielskim elementem krajobrazu, stając się niszczycielskim żywiołem, który uwięził mieszkańców w domach i odebrał im poczucie bezpieczeństwa. Aby ocalić od zapomnienia te dramatyczne chwile, publikujemy unikalne wspomnienia pułtuszczan. Świadectwa walki z wielką wodą, solidarności w obliczu tragedii i strachu, którego nie da się zapomnieć, zostały spisane w 2019 roku na potrzeby wyjątkowego albumu wydanego przez Wydawnictwo Aleksander z okazji 40. rocznicy powodzi.

Ile tu miejsca do żeglowania – powódź oczami wodniaka
W 1979 roku miałem 32 lata, od 1977 r. pracowałem w technikum na warsztatach. Kiedy przyszła powódź, mieszkałem w blokach na 100 – lecia. Siedziałem z dziećmi 5 – letnią Moniką i 3,5 rocznym Michałem. Żona była w tym czasie w Warszawie na kursie tanecznym jako instruktor tańca towarzyskiego i ludowego, zajmowała się wtedy tym zawodowo.
Było koło godziny 18, kiedy usłyszałem syreny. Nie wiedziałem, co się dzieje, ale żona wróciła i powiedziała, że miasto zalewa woda. Jej autobus nie wjechał już na dworzec, wysadzili ich w pobliżu wyjazdu na Wyszków.
Następnego dnia w szkole nie było żadnych zajęć lekcyjnych. A ponieważ w technikum prowadzono dobrze prosperującą drużynę żeglarską, nie brakowało nauczycieli, którzy potrafili pływać. Oprócz drużyny działał jeszcze Młodzieżowy Ośrodek Kształcenia Kierowców – prowadzony przez nauczycieli – mieliśmy więc łódki, a poza tym samochody – Wołgi i Żuka oraz wyszkoloną kadrę.
Niezapomniany dyrektor Piotrowski bardzo szybko zorganizował nam pracę – kto może na wodę, to na wodę, a kto może do samochodów, w zależności, kto będzie potrzebny w danej chwili. W szkole mieliśmy również własną studnię, więc dyrektor Piotrowski bardzo szybko wyprowadził wodę z tego ujęcia na ulicę 1000 – lecia przez kran, dzięki czemu można było nabrać wody pitnej.
W tym czasie pośród wszystkich łodzi mieliśmy jedną perełkę – nową, drewnianą, 6 – metrową Omegę, która jeszcze nie pływała. Zarówno młodzież, jak i my nauczyciele bardzo o nią dbaliśmy, dlatego nie bez żalu puściliśmy ją na wodę, jako pierwszą do pomocy powodzianom. Chyba jako pierwsi wypłynęliśmy pomagać ludziom, nie wiedząc początkowo, co będziemy robić. Ale szybko okazało się, że ktoś musi dostać się do rodziny na górną cześć miasta, komuś trzeba przewieźć dobytek, dowieść chleb, mleko, czy inne podstawowe produkty. Bo przecież woda zaskoczyła wszystkich. Woziliśmy więc to, o co nas prosili ludzie, często odbierając prowiant od kierowców naszych szkolnych samochodów. Przewoziliśmy nawet szafę trzydrzwiową! Pracowaliśmy tak przez pierwsze dni powodzi, zanim weszło wojsko, zanim zbudowano most od kina do rynku.
Część naszych nauczycieli, ci, których domy zostały zalane, mieszkało w szkole. Cały internat został przemieniony na tymczasowe mieszkania. Tylko Zybek Sobociński, mieszkający na Rybitwi, na czas powodzi zamieszkał w harcówce. Były tam różne pamiątki po Ruszkowskim, który zmarł w tym samym roku, w styczniu.
Później pomagał WOPR, który wówczas był organizacją, mającą struktury w całej Polsce. Pływaliśmy na ich łódkach, odkrytych, z silnikami, wtedy już oddzielnie – ja, Geniek Rainko i Tadek Miłoszewski.
Jeden dzień pływałem z energetykami, chyba z Płocka, pokazując im, gdzie jest zasilanie. Miałem taką wiedzę, ponieważ od 77 roku byłem głównych elektrykiem w PSS – ach, które wtedy miały większość sklepów spożywczych i gastronomię.
Później pływałem z ekipą telewizyjną. Pamiętam, jak wpłynęliśmy do bazyliki, ale najpierw do domu parafialnego, gdzie mieszkał organista, bo w kościele opuszczona była krata, więc nie mogliśmy się dostać do środka. Wpłynęliśmy tam od podwórka i wołaliśmy. Wreszcie organista wyszedł, a ktoś z ekipy mówi do niego - „Proszę księdza, proszę nam otworzyć, bo chcemy sfilmować kościół w środku.” Powiedziałem im, że to nie jest ksiądz, on zszedł i nam otworzył kratę.
Wtedy pomyślałem – no tak, gdybym był jakimś wariatem, to mógłbym wjechać do bazyliki samochodem, tak tu jest szeroko, ale łódką, to już na pewno nie będę miał okazji. No i wpłynąłem. W środku wszystkie ławki i inne sprzęty spłynęły pod główny ołtarz. Woda była wysoka, dopiero za kratką, przy ołtarzu, ekipa wysiadła i filmowała w woderach.
Tak to było przez te pierwsze dni.
Później przyszło wojsko, zbudowało most pontonowy. Jednak, kiedy przerwało wał i zrobiło się niebezpiecznie, wojsko na początku nie dawało sobie rady. Trzeba było naprawdę dobrze pływać, bo niesamowity prąd spychał w bramy, czy jakieś inne miejsca, a my jako wodniacy mieliśmy jakieś doświadczenie.
Czasem mieliśmy też trochę śmiechu, jak na przykład, kiedy jeden z wojskowych nie dawał sobie rady, tłumacząc potem – „Ja jestem z łączności, nigdy w życiu nie pływałem!”
Ale też sam miałem taką przygodę – płynęliśmy we dwóch z Gieńkiem, on sterował, ja stałem na dziobie i obserwowałem, czy możemy przepłynąć. Płynęliśmy wolniutko i w pewnym momencie Gieniek uderzył w słupek. Wtedy był już most, wokół pełno ludzi, więc pomyślałem sobie – mam tak po prostu wpaść do wody? Ja, taki wodniak? Więc szybko złożyłem ręce, skoczyłem i pamiętam, że dotknąłem rękami chodnika i wypłynąłem. Tak się złożyło, że tego samego dnia ktoś z ekipy elektryków też wpadł do wody koło Domu Nauczyciela. W tym miejscu było bardzo niebezpiecznie i gdyby go nie wyłowili, byłoby po człowieku. I wtedy zaczęły krążyć pogłoski, że ktoś się topił, ale go wyłowili i jest cały mokry.
Kiedy dopłynęliśmy do punktu zbornego, gdzie z łódek przesiadało się w samochody, wyszedłem cały mokry, a ludzie mówili – „O, to ten, co się topił.” Przewieźli mnie do szkoły, żona przyniosła mi ubranie, przebrałem się i nawet nie miałem kataru.
Uczestniczyłem też w ewakuacji mojej mamy z mieszkania na Świętojańskiej. Bardzo nie chciała się przenosić, ale jakoś udało mi się ją namówić. Korytarz był zalany, więc musieliśmy obwiązać ją liną i opuścić na dół przez okno do łódki. Mama była raczej szczupłą kobietą, nie za wysoką, więc szło nam sprawnie. Było jednak dużo krzyku, bo mama się bała, ale wiedziałem, że nic się jej nie stanie.
Pływaliśmy całymi dniami, od 8.00 rano, do 17.00 – 19.00, o co żona miała do mnie pretensje.
Czego myśmy nie widzieli… W tych czasach w mieście cała masa kamieniczek nie miała toalet, tylko były wychodki w podwórkach, więc kiedy ich zawartość wypłynęła, wyglądało to nieciekawie. Jedząc kolację, oglądałem dziennik Telewizyjny o 20.00 i tego telewizja nie pokazywała.
Przypomina mi się też, jak wpłynęliśmy na Rybitew. Nie było tam wtedy takich murowanych domów, jak teraz, tylko małe drewniane domki. Spojrzałem wtedy na ten ogrom wody, rozmarzyłem się i mówię: „Jakby tutaj tak to jezioro zachował, ale byśmy mieli miejsce do żeglowania…” Oczywiście nie było to zbyt mądre, bo przecież to była powódź, stracone dobytki i ludzkie nieszczęście, ale jako żeglarz tak właśnie wtedy przez chwilę pomyślałem.
Pamiętam też pierwszą powódź. To był 1958 rok, a ja miałem wtedy 12 lat. Na Świętojańskiej, gdzie mieszkałem, pływała taka gruba deska, chyba ze 3 metry szerokości. Wszedłem na nią i wypłynąłem z korytarza, odpychając się kijem od szczotki zamiast wiosła. Ta powódź była inna ze względu na fakt, że nie było jeszcze wałów.
Miasto bardzo długo dochodziło do siebie po powodzi. W tej kamienicy, w której mieszkała moja mama i pewnie w innych kamienicach też, utrzymywała się wilgoć, pomieszczenia były zimne, jakby ta woda siedziała kilka lat w tych wszystkich kamieniczkach. Wilgoć szczególnie było czuć w piwnicach, przez wodę, która jeszcze jakiś czas się utrzymywała. Ale stare budowle są dobre i przetrwały, podobnie jak i mieszkańcy przetrwali powódź.

Wojciech Błaszczyk,

Reklama

nauczyciel Technikum nr 1 w Pułtusku, główny elektryk w PSS-ach

 

Serdecznie dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł. Na portalu Pultusk24.pl każdego dnia piszemy o najważniejszych wydarzeniach Pułtuska, powiatu pułtuskiego, Mazowsza a czasami Polski i świata. Bądź na bieżąco! Obserwuj Pultusk24.pl w Wiadomościach Google. Odwiedź nas także na Facebooku, Instagramie bądź YouTubie.

Tekst Ci się podobał? Niech przeczytają go inni – udostępnij na FB, wyślij link znajomym.

Chcesz podzielić się ciekawym newsem lub zaproponować temat? Byłeś świadkiem ważnego wydarzenia. Chcesz abyśmy w jakieś sprawie przeprowadzili dziennikarskie śledztwo. Skontaktuj się z nami, pisząc maila na adres: redakcja.pgp@pultusk24.pl

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo pultusk24.pl




Reklama