Kiedyś nikt nie zasiadł do stołu, dopóki nie pokazała się gwiazdka. Na pasterkę rzadko kto jechał, a jak zasypało śniegiem w ogóle nie było takiej możliwości. Za to w pierwszy dzień świąt zaprzęgaliśmy konie, pięknie stroiliśmy wozy, wykładaliśmy je pledami, ciepłymi kocami i jechaliśmy do Bazyliki – wspomina Ewa Mikołaszek. Pułtuska poetka, autorka opowiadań dla dzieci i dorosłych rozmawia z Anną Jadaś o Bożym Narodzeniu i swojej twórczości. Przekazuje też Czytelnikom wyjątkowy prezent - związane z Bożym Narodzeniem opowiadanie „Mały Pastuszek”. Jesteśmy pierwszą gazetą, która je publikuje.
„Mały Pastuszek” to najnowsze Pani opowiadanie. „Pod Betlejem pasterze stada wypasali, byli wśród nich starzy, byli też i mali. Pewnej nocy ujrzeli Gwiazdę, która nadzwyczaj jaśniała, wydawało się, jakby pasterzy swym blaskiem przyzywała…”. Tak się zaczyna.
To świeżutko napisane opowiadanie. Nikt go jeszcze nie czytał. Inspiracją było Boże Narodzenie... Któregoś dnia po prostu usiadłam i „Małego Pastuszka” napisałam …
Czym jest dla Pani Boże Narodzenie?
To chyba najpiękniejszy czas. To miłe wspomnienia z dzieciństwa. W moim domu zawsze była żywa choinka, a rarytasem tamtych czasów - długie cukierki. My, dzieci, w nocy się do nich zakradaliśmy. Na wsi takie słodycze to naprawdę było wielkie święto! Były niedobre, ale były!… a jeszcze jak udało się kupić pomarańcze…! Tatuś mówił, że zawsze słyszał, jak wstajemy w nocy i po cichutku odkręcamy pazłotka. Najlepsze jest to, że my wyciągaliśmy cukierka i tak zakręcaliśmy, żeby nie było widać, że w środku nic nie ma. Ale to był piękny czas…! Wszyscy wszystko sami robili. Jak chcieliśmy mieć łańcuch na choinkę ze słomki potrzebowaliśmy dużo czasu, żeby go zrobić! Najpierw suszyliśmy słomki, potem odpowiednio przycinaliśmy, suszyliśmy owoce, które potem były wieszane na choinkę, albo używane do kompotu. Wspominam pieczenie ciast… Jak mamusia była chora robiliśmy je z tatusiem. Samo ich przygotowanie było niezwykłe! Tak jak niezwykłe były te rodzinne święta. Fajne było też to, że jak u kogoś z sąsiadów coś pachniało, to wszyscy do niego zaglądali i sprawdzali co pysznego gotuje.
Tak było w Pułtusku i okolicy?
Mieszkałam w różnych miejscach ze względu na pracę mojego taty. On nie zgadzał się jechać sam i zawsze zabierał całą rodzinę. Byliśmy, jak Cyganie. Wszystko na wóz i przeprowadzka z miejsca na miejsce… Dłużej mieszkaliśmy w Płocochowie. Nie ma już tego domu. Był to podłużny barak, tak go nazywaliśmy, z dwiema klatkami schodowymi. Mieszkało tam dziewięć rodzin, które bardzo dobrze się znały. Byliśmy, jak jedna rodzina. Jak ktoś coś gotował czy bił świniaka, to dla wszystkich. Jeden przygotowywał, a pozostali się częstowali. Organizowaliśmy sobie wspólne spotkania świąteczne i przedświąteczne. Nie było tak, że świętowała tylko nasza rodzina. Zbieraliśmy się wszyscy u sąsiadki, bo ona miała największy pokój. Przenosiliśmy z mieszkań stoły, w drugim mieszkaniu było pusto i tam z kolei była zabawa. Te święta były bardzo rodzinno-sąsiedzkim mocnym przeżyciem. A jak śnieg zasypał, jako dzieci wyskakiwaliśmy z mieszkania na parterze przez okno… Piękny czas…
Czekaliście na pierwsza gwiazdkę?
Wszyscy! Nikt nie szedł spać, chyba że ktoś był maleńki i zasnęło mu się. To co było wtedy takie autentyczne - nikt nie zasiadł do stołu dopóki ta gwiazdka się nie pokazała. Gorzej, jak chmury nadeszły i gwiazdki nie było… Wtedy najstarszy członek rodzin mówił „No to kochani jest już godzina 18:00, nie ma gwiazdki, nie zaświeci nam dzisiaj. Siadamy do stołu”. Wtedy wszyscy dzielili się opłatkiem i wspólne świętowali. Na pasterkę rzadko kto jechał, a jak zasypało śniegiem w ogóle nie było takiej możliwości. Za to w pierwszy dzień świąt zaprzęgaliśmy konie, pięknie stroiliśmy wozy, wykładaliśmy je pledami, ciepłymi kocami i jechaliśmy do Bazyliki. Tak, jak długi był wóz, ułożone były z obu stron snopki ze słomy, jako siedziska. Siedzieli na nich poprzykrywani dorośli, a w środku małe dzieci, bo tam było najcieplej, nie hulał wiatr. Pamiętam, że wszystkie święta, wszystkie niedziele były w Bazylice. Wspomnienia mam niesamowite… Później miałam małe dzieci i też święta wyglądały inaczej. A teraz jest to takie naprawdę rodzinne spotkanie… wyłącznie rodzinne…
Jest Pani mocno związana z wiarą…
Tak. Niektórzy mówią „nie ma nic”. Jednak kiedy nie ma nic, nie ma choćby ziarenka wiary w to, że coś nad Tobą czuwa, człowiek może się załamać. A chociaż odrobina wiary daje moc i nadzieję, że chociaż dziś jest źle, jutro będzie lepiej. I nawet jeśli ludzie mówią, że nie wierzą, to jednak i tak w coś wierzą. Bo gdyby nie wiara w coś, co byłoby warte nasze życie…? Chyba nic…
Wracając do Pani książek… Napisała Pani już trzy dla dzieci i jedną dla dorosłych
Tak. Każda jest w innym stylu. O „zielonej” ktoś kiedyś powiedział, że jest to książka do religii napisana wierszem. Ja bardzo się z tego cieszę. Pierwszą wydałam w 2007 roku na 750-lecie Praw Miejskich Pułtuska. Była to książka o Pułtusku z rysunkami satyrycznymi przedstawiającymi zabytki miasta. Zanim powstała narysowałam kilka takich rysunków. Kiedy zobaczyli je moi synowie, powiedzieli - „Mama, jak już masz rysunki, to coś napisz, będziesz miała fajną książkę”. Posłuchałam się ich. Korzystając z pomocy Pana Artura Wołosza, który napisał przewodnik po Pułtusku, korzystając z jego historycznych tekstów, bo ja nie jestem historykiem, przygotowałam wierszowane teksty.
Tak książka jest jeszcze do zdobycia?
Nie ma. Ja mam tylko jeden jedyny egzemplarz, który się zachował. Gdybym miała to wznawiać to tylko przez Waszą redakcję. Wszystkie książki, które napisałam, poza tą z 2007 roku wydałam w Wydawnictwie Aleksander. Mam bardzo miłe wspomnienia z tej współpracy. Przyjaciół się nie zdradza.
Każda bajka, opowiadanie, wiersz, które Pani pisze to wspomnienie kogoś lub czegoś, co naprawdę się wydarzyło?
Czasem ktoś pyta mnie czy to są moje wspomnienia, moje przeżycia, bo piszę w pierwszej osobie. Nie, nie wszystko dotyczy mnie. Czasami ktoś mi opowiada, co przeżywa, czy przeżywał w swoim życiu. A ja wieczorem sobie siadam, muszę wtedy mieć ciszę, i szybciutko przelewam na papier to, co mnie rozbawiło, wzruszyło, zasmuciło. Zdarza się, że robię zdjęcie tekstu i wysyłam go osobie, z którą rozmawiałam, którą się zainspirowałam. Kiedyś jedna z dziewczyn rozpłakała mi się, bo dałam jej pewien wiersz. Przeczytała go i powiedziała, że to są jej myśli, jej odczucia, ale nie umie ich wyrazić.
Dlatego tytuł jednej z Pani książek brzmi „Myśli Twoje ubrałam w słowa”?
Tak. Jak wspomniałam już większość moich utworów pisana jest w pierwszej osobie, żeby każdy kto ze mną rozmawiał, po przeczytaniu domyślił się, że to jego myśli, jego wspomnienia, jego przeżycia i emocje ubrane przeze nie w słowa… Zdarzyło się tak, że niektórzy moi rozmówcy nie chcieli, żeby ktoś ich skojarzył w moich wierszach. Dlatego rozwiązaniem były bajki o zwierzątkach. W pierwszej mojej książce, tej z czerwoną okładką, było takie opowiadanie o dwóch zajączkach. Napisałam je na drugi dzień po autentycznym, tragicznym wydarzeniu, w którym zginął młody chłopak. Razem z kolegami poszedł na kanałek. Uważali, że lód jest mocny. Nie był. Jeden chłopak wpadł do wody, drugi wskoczył, żeby go ratować. Jeden przeżył, drugi niestety nie miał tyle szczęścia... wyziębił się, jego serce nie wytrzymało i zmarł. W bajce o zajączkach napisałam o słuchaniu. O tym, że czasami warto kogoś posłuchać, kto radzi nam, nie po to, by dokuczyć, zrobić na złość, a radzi dlatego, bo wie, jakie mogą być konsekwencje pewnych zachowań, bo może doświadczył podobnej sytuacji, albo był jej naocznym świadkiem.
Ilustratorami Pani książek są dzieci…
Tak. Na przykład w „niebieskiej” jest bardzo dużo rysunków dzieci, ówczesnych uczniów szkoły muzycznej, które później chwaliły się u siebie w szkołach, że ich rysunki są w książce. Są też rysunki dzieci ze szkoły muzycznej z Legionowa, np. przy opowiadaniu „Tęcza”. Ten utwór ma swoją krótką historię. Jedna dziewczynka zrobiła bowiem chyba 5 rysunków, na każdym była tęcza. Niestety nie pasowały do żadnego z napisanych przeze mnie wierszy. Pomyślałam sobie, że nie może być tak, że rysunki wszystkich dzieci będą w książce, a tylko jednej dziewczynki nie… Myśląc o niej usiadłam wieczorem i napisałam „Tęczę”… i już…
Pracuje Pani obecnie w szkole muzycznej przy ul. Daszyńskiego
Pracuję tam już 11 lat. Najfajniejsze jest to, że przychodzą do mnie dzieci, dla których też pisałam opowiadania, a one robiły do nich rysunki. Na przerwach bawimy się też tak, że każdy musi zaśpiewać napisany przeze mnie wiersz. Niektórzy przychodzą zdziwieni mówiąc – „Proszę Pani, myśmy nie wiedzieli, że Pani pisze wiersze i opowiadania”. Poza pisaniem ja jeszcze na przerwach między lekcjami wymyślam im oryginalne spędzanie czasu i na przykład razem układamy tzw. eko-klocki zrobione z przeczytanych już gazet. Rodzice śmieją się, że dzięki temu ich pociechy na chwilę odkładają telefony, że to lepsze niż Lego. Z małych papierowych „klocków” budują drzewka, domki, choinki, rozmaite konstrukcje, wszystko na co pozwala ich wyobraźnia. Jedna z dziewczynek nauczyła się tak budować z tych klocków, że wygrała konkurs na różaniec - jako jedyna miała pracę stricte ekologiczną.
W szufladzie ma Pani kolejne opowiadania, wiersze?
Coś tam piszę, wpisuję sobie te różne opowiadania do zeszytu, ale na razie nie myślę o ich wydaniu.
Ile już ich jest w zeszycie?
Trudno powiedzieć. Myślę, że więcej niż dziesięć. Jest tam też kilka napisanych jakiś czas temu… Boże! Jakie dzieci z Winnicy były dumne, bo w książce wspomniałam o grupach, w jakich się uczą. Jak rysowały „Pszczółki”, to jest bajka o pszczółkach, jak „Biedronki”, to bajka o biedronkach.
Kiedy Pani pisze?
Tylko wtedy, gdy mam natchnienie. Wtedy muszę usiąść i szybko napisać. Bardzo lubię rymowanki. Dobrze mi się ich słucha, dobrze mi się je czyta. Czasami, o tak jak sobie teraz rozmawiamy, ktoś opowie mi swoją historię podzieli się jakimś, przeżyciem… np. miałam taką sytuację, że znajomy opowiedział mi o swoim marzeniu dotyczącym powrotu do zdrowia bliskiej osoby. Bardzo mnie to wzruszyło, dotknęło… Wieczorem usiadłam, zawarłam w wierszu kilka zdań, które do mnie powiedział i następnego dnia wręczyłam mu tekst. Jak on się ucieszył! A bliska osoba jeszcze długo żyła… Czasami mam pustkę w głowie, brakuje pomysłu, jakby w tej mojej głowie walec przejechał, wszystko zmiażdżył. Wystarczy jednak, że spotkam się z kimś, ktoś coś powie i zaraz siadam wieczorem, piszę.
Skąd ta umiejętność?
Myślę, że to nie jest moje, to już z góry musi być…
Który ze swoich utworów szczególnie Pani lubi?
Na przykład bardzo lubię z ostatniej książki utwór o stokrotce. Kiedyś pomagałam przy Bazylice i kosiłam trawę, i rosła tam taka jedna uparta stokrotka. Przejechałam maszyną w jedna stronę, w drugą, trzeci raz przejechałam, a ona głupia podnosiła się ciągle. Skoro tak, to zostawiłam ją w spokoju. Jeden jedyny kwiatek na całej łące, ale został… Poszłam do domu, chociaż kilka razy za tym kwiatkiem się oglądałam. Miało to miejsce wtedy, gdy bliska mi osoba zachorowała, zadzwoniła do mnie powiedzieć o chorobie i rozłączyła się, bo zaczęła płakać. Ja zresztą też. Po tej rozmowie napisałam do tej osoby, że tak, jak ta stokrotka, ona też podniesie się z tego, co się wydarzyło. Kiedy przeczytała wiersz „Stokrotka” zapytała czy może go skserować i dać osobom w szpitalu, które, tak jak ona zmagają się z chorobą. – Bo jak oni to czytają mają wrażenie, że to jest dla nich, że to jest o nich - mówiła.
Czego mogę życzyć Pani na święta?
Nowy Targ… Koncert. Skrzypce, kontrabas elektroniczny. Marzy mi się, żeby tam się dostać. Może Pani życzyć mi wielu koncertów.
Życzę w takim razie, aby towarzyszyła Pani na święta i w Nowym Roku ukochana przez Panią muzyka i zdrowie.
Dziękuję za rozmowę
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze opinie