Po prostu fascynujące jest słuchanie, jak trzy osoby, wprost wybitne w swoim fachu, starają się wyprzedzić jedna drugą w tym, która bardziej pokaże klasę w utworze.
W Polsce pojawia się coraz więcej zespołów rockowych – niektórzy artyści (jak na przykład Krzysztof Zalewski) uważają nawet, że w ciągu następnych lat muzyka gitarowa ma prawo powrócić do łask w naszym kraju. Niemniej jednak faktem jest, że w Polsce przemysł muzyczny nie jest w tak podłym stanie, jak mogłoby się wydawać; wielu artystów tworzących ambitniejszą muzykę przebija się do radia i mainstreamu, nawet jeśli reprezentują gatunki spoza głównego nurtu.
Od jakiegoś czasu możemy obserwować rosnący w siłę i popularność zespół meh.masza.staś. Dla Państwa użyłem maksimum moich zdolności leksykalnych, skontaktowałem się z lokalnymi polonistami oraz opłaciłem odpowiednie wtyki, aby rozszyfrować, co kryje się za tą niecodzienną nazwą. Okazuje się, że są to imiona rodzeństwa tworzącego zespół: Melhiora, Marceliny i (o dziwo!) Stasia, wszyscy Szreoderowie.
Zespół funkcjonuje już od ponad roku i wykonuje gitarową muzykę alternatywną. Łączą ich nie tylko więzy krwi, ale również wspólne koncertowanie jako zespół sceniczny wokalistki Natalii Szroeder, która również jest siostrą członków zespołu.
Ciężko jest opisać to, co meh.masza.staś wykonuje. Zacznijmy może od tego, że każdy członek zespołu jest absolutnym wirtuozem swojego fachu. Staś, grający na perkusji, ewidentnie ukrywa, że jest niezmiernie utalentowanym i technicznym perkusistą. Dopiero ucho wyczulonego słuchacza zauważy, że to, na co pozwala sobie w utworach trio, to zaledwie zalążek jego umiejętności. Jego gra jest często hałaśliwa, nadając utworom garażowy charakter, a już po chwili staje się minimalistyczna, podkreślająca partie innych instrumentów. Niezaprzeczalnie jego podejście do instrumentu jest wyjątkowo melodyczne i przemyślane, tworząc z perkusji nie tylko narzędzie rytmiczne, ale także uzupełnienie tła – dodatkową warstwę, która eliminuje pustkę wynikającą z niewielkiej liczby instrumentów. Można by go nazwać współczesnym Ringo Starrem – wie, kiedy trzeba grać mniej, wie, czego muzyka potrzebuje, i karmi ją swoją grą. Jeden krok za mało i zespół brzmiałby jak awangardowa formacja alternatywna, jeden krok za dużo i graliby hard rocka. To Staś trzyma ich w ryzach, to on prowadzi zespół za rękę, żeby muzyka była wycelowana w punkt.
Jest natomiast ktoś, kto nie próbuje, a może nie potrafi, ukrywać swoich przesadnie wysokich umiejętności. Melhior traktuje swoją gitarę jak każdy osiemnastolatek swój pierwszy samochód – nie okazuje jej ani grama litości. Jest nie tylko wyjątkowo precyzyjny i szybki, ale przede wszystkim ma niesamowite zdolności aranżacyjne. Wypełnia muzykę zagrywkami i riffami, a w jego grze rzadko kiedy usłyszymy po prostu rzucone akordy. Często powtarza partie wokalne, grając je jednak na tyle szybko i w tak odmienny sposób, że dla słuchacza daje to efekt muzycznego prądu – muzyki, która płynie, ma sens, ma głębię i uzupełnia się na każdym kroku. Co więcej, brzmienie jego instrumentu jest elektryczne i nowoczesne; pomimo słyszalnego gołym uchem przesteru jest w nim coś, co powoduje, że jego gitara jest łatwiej przyswajalna dla laika mocniejszego brzmienia. Nadaje to muzyce nowoczesny i delikatniejszy charakter. Już nie będę wspominał o solówkach, bo przy porównaniu do samochodów i osiemnastolatków solówki Melhiora są jak upalanie malucha na środku pola, jednocześnie jedząc sernik dubajski. Łączy on bowiem swoje umiejętności techniczne ze zmysłem melodycznym i energią, tworząc idealną fuzję w poszczególnych fragmentach muzyki.
No i Marcelina – swoją pracą wokalną pokazuje, jak dużo sam głos może zmienić w klasyfikacji gatunkowej muzyki. Momentami śpiewa półgłosem, prawie jakby szeptała. Z kolei czasem jest stanowcza i wręcz wściekła – kojarzy się (wokalnie!) z matką, przy której i dzieci, i ojciec chodzą jak w zegarku i nie mają szans się jej postawić. Nie traci przy tym nigdy niesamowitej melodyczności – niezależnie od tego, jak śpiewa, u podstaw pozostaje delikatna i aksamitna, a jej wokal płynie, dzięki czemu muzyka staje się bardziej przystępna dla słuchacza. Barwa głosu Maszy ma wyjątkowy charakter, przez który brzmi, jakby została przepuszczona przez syntezator, jakby miała naturalnie nałożone efekty dźwiękowe. Często uświadczymy w jej śpiewie również niuansów – urwanych albo przetrzymanych fraz, partii, które przez drobne zmiany nadają zupełnie inny wydźwięk temu, co śpiewa. Co więcej, Masza ma pewną poważną dysfunkcję – mianowicie po prostu nie potrafi fałszować, a nawet najbardziej ryzykowne partie jakimś cudem wychodzą jej zawsze idealnie.
Zespół na koncertach korzysta również z sampli, w których wbudowane są chórki, bas i inne szczegóły, które z racji trzyosobowego składu są nie do powtórzenia na scenie. Teksty ich utworów opowiadają o problemach i myślach współczesnych ludzi, przedstawionych jednak w poetyckim zwierciadle, otwartym na wiele interpretacji. Nawiązują do codzienności i stawiają ją obok problemów egzystencjalnych. Mój ulubiony przykład to „Nawet yoga mi już nie pomaga”. Strasznie fajne.
Po tym wywodzie pragnę zakwalifikować muzykę meh.masza.staś jako rock alternatywny, co znaczy mniej więcej tyle, że nadal nie wiem, co grają. Natomiast oprócz tego trzeba przyznać, że po prostu fascynujące jest słuchanie, jak trzy osoby, wprost wybitne w swoim fachu, starają się wyprzedzić jedna drugą w tym, która bardziej pokaże klasę w utworze. Nie robią tego jednak zdolnościami technicznymi, a właśnie wyczuciem muzycznym i tworzeniem niesamowitych partii, które idealnie ze sobą współpracują.
Zespół był obecny w Pułtusku na Memoriale #Sivax w kwietniu, gdzie zagrał w towarzystwie Szymona Fabisiaka na basie. Można było ich również usłyszeć na Dniach Makowa w zeszłym miesiącu. Z dnia na dzień mają coraz więcej odbiorców i od razu widać, że nie są zwykłym sezonowym projektem, który obejdzie się bez większego echa. Może przyczynią się do rewolucji, dzięki której na polskiej scenie pojawi się więcej gitarowych zespołów; mają ku temu predyspozycje.
Póki jednak to nie nastąpi, cieszmy się, że słuchamy ich, gdy są jeszcze w niszy, i będziemy mogli dumnie powiedzieć: „Znałem ich, zanim byli sławni”. Zachęcamy do słuchania twórczości meh.masza.staś na wszystkich platformach streamingowych!
Antoni Marciniak
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze