Mija dokładnie 47 lat od nocy, która na zawsze zmieniła oblicze Pułtuska. W 1979 roku rzeka Narew przestała być sielskim elementem krajobrazu, stając się niszczycielskim żywiołem, który uwięził mieszkańców w domach i odebrał im poczucie bezpieczeństwa. Aby ocalić od zapomnienia te dramatyczne chwile, publikujemy unikalne wspomnienia pułtuszczan. Świadectwa walki z wielką wodą, solidarności w obliczu tragedii i strachu, którego nie da się zapomnieć, zostały spisane w 2019 roku na potrzeby wyjątkowego albumu wydanego przez Wydawnictwo Aleksander z okazji 40. rocznicy powodzi.
Po wybuchu – wielka woda
Rok 1979 kojarzy mi się z warszawską Rotundą i pułtuską powodzią.
Był 15 lutego 1979 roku. Jechałem na mecz z kolegami do Stalowej Woli. Droga prowadziła przez śnieżne tunele. Nie było widać dachów domów, zasłaniał je śnieg. Kiedy dojechaliśmy już na miejsce, do Warszawy, wszedłem do Rotundy, bo miałem jeszcze trochę czasu do odjazdu autobusu do Stalowej Woli. Chciałem wtedy kupić bilet, bo uznałem, że jak już za niego zapłacę, to nie zgubię pieniędzy. Rozejrzałem się dookoła i zobaczyłem długie kolejki do okienek z biletami. Zdenerwowałem się perspektywą 45 – minutowego stania w kolejce i zrezygnowałem z zakupu biletu. Uznałem, że może uda się nie zgubić pieniędzy i wyszedłem z Rotundy. Z pobliskiego przystanku wsiadłem do tramwaju i po przejechaniu zaledwie dwóch przystanków usłyszałem huk. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co się stało. Dopiero później okazało się, że Rotunda wyleciała w powietrze. Gdybym wtedy został w kolejce, to nie uczestniczyłbym w akcji powodziowej w Pułtusku. Wybuch gazu w Rotundzie zabił kilkadziesiąt osób.
W czasie powodzi w Pułtusku w 1979 r. miałem 31 lat. Opady śniegu były obfite i jak tylko pojawiła się informacja o tym, że miastu zagraża powódź, to przyszedł pewnego rodzaju kryzys. Mieszkałem wtedy w blokach przy Al. Tysiąclecia 35. Udałem się z kolegą na ul. Kotlarską, gdzie mieszkali moi rodzice, a potem do kamienicy przy ul. Rynek 18 – tam mieszkali moi teściowie. Chciałem sprawdzić, czy wszystko u nich w porządku. Rodzice i teściowie mieszkali na pierwszym piętrze, więc ich mieszkaniom woda bezpośrednio nie zagrażała. Żadne z nich nie chciało opuścić mieszkań. Postanowili, że w nich zostaną, aby pilnować swojego dachu nad głową, wyposażenia i sprzętów. Udaliśmy się z kolegą w drogę powrotną, w górę miasta. Woda przepływała już przez mostek na kanałku koło kina. Miałem na nogach gumowce, kolega był tylko w pantoflach. Musiałem go przenosić „na barana”.
W czasie powodzi działałem w Wodnym Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym razem z Wojtkiem Błaszczykiem, Zybkiem Nowocińskim, Gienkiem Rainko, Jasiem Kowalskim i kilkoma innymi kolegami. Na początku mieliśmy tylko jedną łódkę, którą razem pływaliśmy. Później już WOPR - y z Ciechanowa i Zegrza pożyczały nam swoje łódki silnikowe. Na początku, kiedy woda wpływała do miasta, bardzo ciężko było gdziekolwiek dopłynąć, z uwagi na silny nurt. Trzeba było naprawdę mocno się nawiosłować. Później mieliśmy już silniki. Kiedy przerwano wał przy moście wyszkowskim, był tak silny nurt, że przepłynięcie z kina do rynku zajęło nam półtorej godziny!
Na samym początku woda była bardzo wysoka. Jak dopłynęliśmy do rynku, pod dzwonnicą stał żuk i syrenka. Spod wody było widać zaledwie kawałek dachu żuka, syrenka zaś cała była pod wodą. Był to najbardziej kryzysowy moment. Kolega poprosił nas, abyśmy przetransportowali go łodzią na Rybitew, od strony komendy. Chciał zobaczyć, co dzieje się u niego w domu. Okazało się, że był zalany. Poprosił, abyśmy pomogli mu wrzucić kołdrę na piec, żeby wyschła. Niestety była już tak nasiąknięta wodą, że nawet we trzech nie zdołaliśmy jej tam wrzucić.
Wstawaliśmy codziennie rano i ruszaliśmy na wodę. Wracaliśmy do domów dopiero, kiedy zaczynało się ściemniać. Dopiero wtedy robiło się zabawnie. Siadaliśmy przed telewizorami. W wiadomościach relacjonowano powódź w Pułtusku. Informowano, że przy akcji powodziowej pomagają jednostki saperskie. Tych właśnie „saperów” zauważyliśmy, kiedy płynęliśmy łodzią. Jeden z nich kurczowo trzymał się barierki. Podpłynęliśmy do nich i mówimy: „Jak to? Saperzy i nie możecie nic zrobić? Wy żądacie pomocy?” Na co oni odpowiedzieli: „Ależ panowie, my nie jesteśmy żadnymi saperami, my wojska radiotechniczne z Przasnysza!” Zdjęliśmy więc ich z tej barierki.
Po zalanym Pułtusku pływały także wojskowe amfibie. Pływali sami, nie znając terenu. Np. w okolicach ul. Nadwodnej, przy śluzie, jest taka krótka uliczka. Jeden z wojskowych wjechał w tę uliczkę i wpadł amfibią pod śluzę. Na szczęście miał otwartą klapę od włazu, dzięki czemu się uratował – wypłynął otwartym włazem na zewnątrz. Przetransportowaliśmy go łodzią od razu do Domu Nauczyciela. Tam dowódca przyniósł rozgrzewacz. Przy okazji i my się trochę ogrzaliśmy, a dowódca cieszył się, że żołnierz nie zginął.
Następnego dnia również dużo pływaliśmy, dowoziliśmy wodę pitną tym, którzy zostali w swoich mieszkaniach na zalanych terenach. Ci ludzie mogli zostać ewakuowani w inne, bezpieczne miejsca, ale nie chcieli, ponieważ bali się kradzieży i musieli pilnować swoich mieszkań.
Przy ulicy Świętojańskiej, w miejscu, gdzie obecnie znajduje się sklep Galux, był wtedy inny sklep. Patrol milicji zatrzymał tam mężczyznę, który podpłynął kajakiem i chciał go okraść. Kiedy milicjanci podpłynęli, niedoszły złodziej wypadł z kajaka, mundurowi nie pozwolili mu wsiąść z powrotem, stał więc w wodzie prawie po pachy, a milicja zaczęła go spisywać.
Pamiętam też, że w pierwszych dniach powodzi zalana została księgarnia przy ul. Armii Czerwonej (obecnie ul. Świętojańska), naprzeciwko Krokiecika (obecnie mieści się tam sklep jubilerski). Do środka wdarła się woda i wiele książek było na szybach. Wszystko pływało.
Na drugi dzień, po tym jak przerwało wał przy cmentarzu radzieckim, zawoziliśmy wodę do pierwszego domu od wyrwy, do ogródków działkowych. Bardzo trudno było się tam przemieszczać, bo każda posesja była ogrodzona siatką, w związku z czym nie można było podpłynąć z napędem silnikowym, bo mógłby się zaplątać w siatkę. Dlatego dopływaliśmy tylko do płotu, następnie rzucaliśmy linę do ludzi stojących na balkonach. Następnie tę linę przywiązywali do balkonu. Trzymaliśmy się liny i przyciągaliśmy się, dopływając w ten sposób do domów. Wodę dostarczaliśmy w dużych bańkach po mleku, 20 – litrowych i większych. Jeśli ktoś chciał, żeby dostarczyć mu coś jeszcze, to umawialiśmy się na drugi dzień i dowoziliśmy pozostałe produkty. Tak właśnie wyglądała nasza codzienna praca.
Zdarzały się także sytuacje humorystyczne. Pewnego dnia do Pułtuska przyjechała ekipa filmowa z Łodzi, żeby sfilmować powódź. Zawieźliśmy ich łódką na wyprawę po zalanym mieście. Wysiedli z tymi kamerami, łódka stała od strony cmentarza. Kiedy skończyli nagrywać, jeden z nich wsiadał już z kamerą, wtedy łódką bujnęło i drugi kamerzysta wpadł do wody. Na szczęście kamerę udało im się uratować. Wyszedł cały mokry i prosił, żeby zawieźć go do hotelu, który znajdował się tu, gdzie teraz jest Urząd Skarbowy. Przez całą drogę, siedział na łódce i trząsł się z zimna. Wysiadł koło parku na ul. 3 Maja i pobiegł ogrzać się do hotelu. Wtedy wróciliśmy po drugiego kamerzystę i kiedy podpłynęliśmy, zauważyliśmy z kolegą Gienkiem Rainko, że leży tam jakaś kurtka. Zapytaliśmy kamerzysty, czy to jego kurtka, na co on odparł: „Nie, to tego, co się skąpał!” Gdyby założył tę kurtkę, która była sucha, wróciłby do hotelu w cieple, a tak trząsł się przez całą drogę.
Z drugiej strony zdarzały się także sytuacje nieuczciwe. Ludzie, którzy mieli łódki, korzystali z sytuacji i oferowali ludziom przewożenie za opłatą. My dowiedzieliśmy się o tym przypadkowo. Kiedy pływaliśmy po Rybitwi, jakaś kobieta z dzieckiem poprosiła nas o podwiezienie na ul. 3 Maja. Zawieźliśmy ją tam, pani wysiada i pyta: „Przepraszam, ile płacę?” Byliśmy bardzo zdziwieni, bo nie dość, że panią zalało to jeszcze miała płacić... Pytaliśmy więc „Jak to? Dlaczego ma Pani płacić?” Powiedziała, że wszyscy biorą. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że nieuczciwi zarabiają na ludzkiej tragedii. Było nam przykro, bo nie dość, że ludzi zalało, stracili wszystko, to jeszcze wyciągali od nich pieniądze. Nie było to przyjemne.
Niektórzy ludzie byli też nieświadomi tego, co się stało. Dla nich to była atrakcja. Jedna pani poprosiła nas o podwiezienie łodzią do domu, bo musi stamtąd zabrać jakieś przyrządy niwelacyjne, bo pracowała w biurze geodetów. Prosiła, żeby zawieźć ją na Stare Miasto, za archiwum. Kiedy z nią płynęliśmy, to w mieście był taki nurt, że gdy wpływaliśmy w ulicę Panny Marii, to rzuciło łódką tak bardzo, że uderzyła w słup. Kiedy nas rzuciło, kobieta złapała się za burtę, a słup uderzył tuż obok jej ręki. Gdyby trafił kilka centymetrów dalej, z pewnością straciłaby palce. Na szczęście tak się nie stało. W dodatku wtedy woda już opadała i było nierówno, zawadziliśmy gdzieś łódką i oberwało się jedno śmigło od silnika. Dopłynęliśmy do stadionu, do siatki, a do domu kobiety dopłynęliśmy z użyciem wioseł. Przywiązałem łódkę do płotu i powiedziałem, żeby wysiadła, a ja w tym czasie naprawię silnik. Kobieta nie chciała wysiąść. Nagle wyjęła aparat i zaczęła robić zdjęcia. W dodatku skaleczyłem się przy wymianie śmigła, więc byłem już bardzo zdenerwowany. Kobieta otrzymała ode mnie reprymendę: „Pani sobie wycieczki robi?! Mogła pani cztery palce stracić! Myśli pani, że my nie mamy co robić tylko obwozić wycieczki? Niech Pani sobie kogoś wynajmie, to będzie panią woził.” Zawieźliśmy ją naprzeciwko stacji, tam, gdzie idzie się pod górę na skarpę i powiedziałem, żeby zniknęła mi z oczu, bo nie ręczę za siebie. Były więc też osoby ciekawskie, dla których powódź stała się atrakcją. Ale my nie byliśmy tam przecież po to, żeby jeździć na wycieczki, mieliśmy swoje zadania.
Przyjeżdżały do Pułtuska różne przedsiębiorstwa handlowe, żeby wszystko posprawdzać. Ich też woziliśmy łódką. I wtedy też mój, śp. kolega Andrzej Dalko, któregoś dnia pływał i też odbijaliśmy wiosłem, a on strzelił jednego z tych przedsiębiorców w głowę wiosłem i powiedziałem wtedy „Przepraszam, kolega się dopiero przyucza.”
Później, kiedy zainstalowano most pontonowy, to ludzie zaczęli już trochę więcej chodzić. Wtedy pływaliśmy już tylko na obrzeża.
Największe straty powstały tak naprawdę wtedy, kiedy przerwano wał obok mostu. W mieście utworzył się silny nurt. Wiadomo, że woda jest potężnym żywiołem i kiedy płynęła z ogromnym impetem, to poczyniła dużo strat.
Porównując powódź z roku 1958 i 1979, trzeba pamiętać, że w 1958 roku woda się rozlała, nie było takiej sytuacji jak 21 lat później. Mieszkałem na ul. Kotlarskiej, to zawsze był teren zalewowy, więc tędy także lała się woda. Ale w roku 1958 było tylko zalanie i woda powoli opadła. Przez śmietnik przechodziliśmy na ul. Piotra Skargi i szliśmy do szkoły, do Trójki, na Al. Wojska Polskiego.
W 1979 roku mieszkańcy Pułtuska przeżyli prawdziwy dramat, byli przerażeni. Często pytali: „Kiedy to opadnie?”, „A co będzie z nami?”, „Czy mógłby Pan przywieźć wody?” albo „Czy mógłby Pan jakieś zakupy zrobić?”. Przez kilkanaście dni, po kilkanaście godzin byliśmy na wodzie. Dużo osób potrzebowało pomocy. Przykrą sprawą dla nas było to, że nawet nie otrzymaliśmy pieniędzy na zakup paliwa. Tankowaliśmy łódki na własny koszt, a obiecanego paliwa nie dostaliśmy. Ale człowiek wtedy nie zwracał uwagi na takie rzeczy, były inne priorytety. Myśleliśmy wtedy w ten sposób, że „Ja pomogę Tobie, to może kiedyś Ty pomożesz mi.”
Mimo tragedii odbierało się wtedy też pozytywne sygnały. Ludzie pomagali sobie nawzajem. Byli zadowoleni z pomocy, której im udzielaliśmy. Dziękowali nam, bo gdybyśmy nie dowieźli im wody np. tam na koniec Rybitwi, to nie mieliby wody pitnej. Przecież wodociągi nie działały. Sami by tam nie dopłynęli, bo silny nurt stwarzał wielkie niebezpieczeństwo.
Tadeusz Miłoszewski – nauczyciel Technikum w Pułtusku

Serdecznie dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł. Na portalu Pultusk24.pl każdego dnia piszemy o najważniejszych wydarzeniach Pułtuska, powiatu pułtuskiego, Mazowsza a czasami Polski i świata. Bądź na bieżąco! Obserwuj Pultusk24.pl w Wiadomościach Google. Odwiedź nas także na Facebooku, Instagramie bądź YouTubie.
Tekst Ci się podobał? Niech przeczytają go inni – udostępnij na FB, wyślij link znajomym.
Chcesz podzielić się ciekawym newsem lub zaproponować temat? Byłeś świadkiem ważnego wydarzenia. Chcesz abyśmy w jakieś sprawie przeprowadzili dziennikarskie śledztwo. Skontaktuj się z nami, pisząc maila na adres: redakcja.pgp@pultusk24.pl
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze