Mija dokładnie 47 lat od nocy, która na zawsze zmieniła oblicze Pułtuska. W 1979 roku rzeka Narew przestała być sielskim elementem krajobrazu, stając się niszczycielskim żywiołem, który uwięził mieszkańców w domach i odebrał im poczucie bezpieczeństwa. Aby ocalić od zapomnienia te dramatyczne chwile, publikujemy unikalne wspomnienia pułtuszczan. Świadectwa walki z wielką wodą, solidarności w obliczu tragedii i strachu, którego nie da się zapomnieć, zostały spisane w 2019 roku na potrzeby wyjątkowego albumu wydanego przez Wydawnictwo Aleksander z okazji 40. rocznicy powodzi.
Powódź oczami ojca i wodniaka
Dla mnie wspomnienia z powodzi mają podwójny charakter - służbowy ze względu na wykonywaną pracę - i rodzinny, bo na półtora tygodnia przed powodzią, 24 marca, urodziła się moja córka.
Mieszkałem z żoną i dwuletnim synem na Starym Mieście, w pobliżu zejścia na kładkę. Budynek, w którym mieszkaliśmy usytuowany był w międzywale, więc zalewany był nie raz. W 79 roku woda stała u mnie jeszcze przed przerwaniem wałów. W piwnicy nie działała kotłownia, dlatego ogrzewane było tylko jedno pomieszczenie grzejnikiem listwowym. Żona w tym czasie była w szpitalu. Chodziłem tam i mówiłem lekarzowi, żeby trzymał ją tam jak najdłuższej, bo nie miałem jej, gdzie zabrać przez tę wodę. Z kolei żona mówiła „zabierz mnie stąd jak najszybciej, bo ja nie mogę słuchać, jak te dzieci za ścianą płaczą, a ja nie mogę im dać jeść”. Wtedy była taka moda, że dziecko powinno być karmione co trzy godziny. Matki leżały oddzielnie, a dzieci osobno za ścianą i nie można było ich karmić. Zdecydowałem jednak, przewieść żonę z małym dzieckiem do rynku, do mojej mamy. Zawiozłem ją tam chyba w poniedziałek, a wał przerwało w czwartek. Przez trzy dni córka mieszkała u babci, gdzie warunki też nie były zadowalające, bo była tam tylko zimna woda, trzeba było ją grzać na kuchni, toaleta znajdowała się na zewnątrz budynku. Tuż przed przerwaniem wału zdążyłem jeszcze wyjechać ze wszystkimi z rodziny do kolegi na górną część miasta. Kolega – Wojtek Moszczyński, pojechał do Olsztyna, skąd pochodził, a mi i mojej rodzinie udostępnił swoje mieszkanie. Tam też nie było wody pitnej, dostarczały ją beczkowozy.
Kiedy wał przerwało sytuacja się odwróciła - w mieście woda miała poziom o 60 cm wyższy niż u mnie w domu. Wróciliśmy, kiedy całkiem opadła.
Moja córka do tej pory lubi wodę, bardzo lubi żeglować, bardzo dobrze pływa. Mimo niesprzyjających okoliczności, jakie nastąpiły tuż po jej narodzinach, kocha wodę od dziecka.
W czasie powodzi byłem młodym, świeżym pracownikiem i posadzili mnie na tzw. oku. Obserwowałem i informowałem, co się dzieje na górnych wodowskazach. Zbierałem Łomżę, Wiznę, Ostrołękę. Wtedy były jeszcze łącznice. Chcąc rozmawiać z innym miastem trzeba było zgłosić rozmowę zamiejscową. Ja na hasło „POWÓDŹ” mogłem rozmawiać poza kolejką, od razu.
Na początku, spotkania sztabu powodziowego odbywały się w ratuszu. Pamiętam, że miałem wodery, które sięgały prawie do końca ud, więc kiedy szedłem na palcach, wolno, to nie wlewała mi się do butów, tylko mogłem suchą nogą dojść do ratusza. Podczas spotkań sztab ustalał co robić - przerwać wał, czy nie. Akurat w tych działaniach nie brałem za bardzo udziału, byłem odpowiedzialny za informację. Nie dopuszczano mnie też do akcji związanych bezpośrednio z umacnianiem, bo jeszcze wtedy za mało wiedziałem, to były początki mojej pracy. Teraz człowiek już ma taką wiedzę, ale przedtem byłem „świeżakiem”.
Nocą spałem po 50 minut. Budzik miałem tak nastawiony, dlatego, że o pełnych godzinach musiałem przekazywać informacje o stanie wody. Kiedy zalało mi wodowskaz, zrobiłem sobie prowizoryczny wodowskaz w domu. Na kawałku drążka namalowałem co 2 centymetry kreski, zgrałem z tym wodowskazem, który był faktyczny i podawałem co godzinę informację, czy woda opada, czy jej przybywa.
Któregoś dnia przypłynęła milicyjna motorówka z naszym redaktorem Śniegockim i jego kolegą Tadeuszem Sznukiem, z którym pracował razem w telewizji mazowieckiej. Józiu Śniegocki wysiadł z nim i pyta mnie: „znasz go?”. Ja patrzę - „znam!”, ale byłem święcie przekonany, że jak ja go znam, to i on mnie zna. Dopiero później uświadomiłem sobie, że znam go z telewizji. Przyjechał do Pułtuska, żeby zobaczyć powódź.
Do mnie natomiast przyjechał kolega ze studiów, z Olsztyna. Przyjechał z aparatem fotograficznym i dmuchanym kajakiem. I ledwo uszedł z życiem, kiedy płynął ulicą Nadwodną, a ten dmuchany kajak został przebity przez element ogrodzenia, nad którym przepływał. Wrócił na jednym pływaku, siedząc na nim okrakiem. Miałem sporo kliszy zrobionych przez niego, bo zdecydował, że mi je odda, ale pożyczyłem je i niestety do tej pory do mnie nie wróciły.
Był też u mnie mężczyzna, który napisał książkę pt. „Moja powtórna Vistuliada”, nazywał się Wojciech Giełżyński. W książce opisana jest powódź w Pułtusku oraz moja osoba.
Kiedy zaczęli wypompowywać wodę z kanałku, stały tam 24 górnicze pompy, a każda z nich miała swój silnik. W pewnym momencie przyszedł ówczesny szef tego Komitetu Powodziowego – pan Rzepiński i mówi do Wojewody: „Panie Wojewodo co tu robić? Woda w Narwi szybciej opada niż te pompy wypompowują”. A Wojewoda mówi: „Uchylić klapę tych śluz i pompować – niech ludzie wiedzą, że pomagamy”.
Różne sceny można było wtedy zobaczyć - ludzi z pierzynami uciekających na pychówkach z zalanych domów, albo ratujących resztki towarów ze sklepów, na przykład na ulicy Traugutta - na górze wisiały biustonosze, które się suszyły, a pod spodem majtki. W pamięci mam jeszcze wojskowe pomosty pływające albo topiącą się amfibię gdzieś koło śluzy, widziałem, jak ją podnosili.
Do tej pory na wodowskazie są namalowane stany wody z 1958 roku, z 1979 i 2011 r., kiedy budynek stał w wodzie. Wtedy nie była to powódź roztopowa, tylko zrobił się zator śryżowy. Dzieje się tak wtedy, kiedy mróz jest już mniejszy i zaczyna padać śnieg, wówczas śnieżyca, która płynie utyka się i nie może ruszyć ani do przodu, ani do tyłu, zatykając przepływ. Kiedy lód jest duży, to rzeka potrafi zatrzymywać nawet 10 km na dobę.
Powódź 1979 r. wynikała tylko i wyłącznie z retencji śniegowej, tzn. z ogromnego zgromadzenia stopionego śniegu. To była wyjątkowa zima, nigdy wcześniej ani później takiej nie było. I co wtedy było ważne – czasami roztopy są takie, że w dzień się topi, w nocy przymarza, co trwa długo, a w roku 1979 stało się to nagle. Kiedy przyszła odwilż, wszystko zaczęło się topić naraz. Teraz już nie powinniśmy obawiać się powodzi, dzisiejsze wały są zdecydowanie mocniejsze.
Grzegorz Śniadowski
Pracownik Instytutu Gospodarki Wodnej

Serdecznie dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł. Na portalu Pultusk24.pl każdego dnia piszemy o najważniejszych wydarzeniach Pułtuska, powiatu pułtuskiego, Mazowsza a czasami Polski i świata. Bądź na bieżąco! Obserwuj Pultusk24.pl w Wiadomościach Google. Odwiedź nas także na Facebooku, Instagramie bądź YouTubie.
Tekst Ci się podobał? Niech przeczytają go inni – udostępnij na FB, wyślij link znajomym.
Chcesz podzielić się ciekawym newsem lub zaproponować temat? Byłeś świadkiem ważnego wydarzenia. Chcesz abyśmy w jakieś sprawie przeprowadzili dziennikarskie śledztwo. Skontaktuj się z nami, pisząc maila na adres: redakcja.pgp@pultusk24.pl
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze