Zespół specjalistów z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego nr 1 Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie podsumował niezwykły przypadek medyczny, który miał miejsce w tej placówce. Jak czytamy w Medonecie, wydarzenia rozpoczęły się 1 czerwca, a ich finał okazał się szczęśliwy zarówno dla pacjentki, jak i dla jej dzieci. Szpital podkreśla, że historia ta jest pierwszą tego typu na świecie, a jej przebieg miał miejsce właśnie w Szczecinie.
W relacji opublikowanej przez szpital w mediach społecznościowych przedstawiono skrót najważniejszych wydarzeń: kobieta będąca w 29. tygodniu ciąży bliźniaczej doznała krwotoku do mózgu spowodowanego malformacją tętniczo-żylną. Przeprowadzono embolizację, po której ciąża trwała jeszcze przez osiem tygodni. Ostatecznie na świat przyszła dwójka dzieci, a jedno z nich, Maks, urodziło się w nienaruszonym worku owodniowym. Placówka zachęca do zapoznania się z całą historią, określając ją jako wyjątkową.
Olga, będąca w ciąży, nagle utraciła zdolność płynnego mówienia i czytania. Chociaż była świadoma otoczenia i wiedziała, co chce przekazać, nie była w stanie wypowiedzieć słów.
Szpital cytowany przez Medonet opisał dalszy przebieg leczenia: "Szpital w Koszalinie, szpital w Kołobrzegu, w końcu przekazanie do naszej Kliniki Neurologii z Pododdziałem Udarowym USK-1 PUM w Szczecinie. Badania wykazały krwawienie w lewej półkuli mózgu i obrzęk. Przyczyną okazała się malformacja tętniczo-żylna. Od tej chwili każda decyzja medyczna dotyczyła już nie jednego, ale trojga pacjentów jednocześnie".
Po przeprowadzeniu konsultacji z lekarzami różnych specjalności, w tym neurologami, neurochirurgami, neuroradiologami zabiegowymi, anestezjologami, położnikami oraz neonatologami, zdecydowano się na wykonanie embolizacji.
Placówka wyjaśniła, że pojawiło się dodatkowe wyzwanie logistyczne, ponieważ Olga była hospitalizowana przy ulicy Unii Lubelskiej, natomiast oddziały położniczy, porodowy i neonatologiczny szpitala "Jedynka" znajdowały się w Policach, oddalonych o około 20 kilometrów. W związku z tym konieczne było przygotowanie się na każdą ewentualność podczas zabiegu.
W sali Bloku Operacyjnego przygotowano warunki umożliwiające natychmiastowe przeprowadzenie cięcia cesarskiego, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Zapewniono dwa stanowiska neonatologiczne, dwa inkubatory, zespoły anestezjologiczne, położnicze oraz dwa zespoły neonatologiczne. Dodatkowo, specjalistyczna karetka była gotowa do szybkiego transportu noworodków na oddział intensywnej terapii w Policach. Gdyby podczas zabiegu doszło do komplikacji, dzieci mogłyby urodzić się w 29. tygodniu ciąży właśnie w tym miejscu.
Zabieg embolizacji został przeprowadzony 15 czerwca przez profesora Wojciecha Poncyljusza wraz z zespołem neuroradiologii zabiegowej. Przez niewielkie nacięcie w pachwinie udowej wprowadzono mikrocewnik, którym dotarto do źródła krwawienia i podano płynną substancję zamykającą nieprawidłowe naczynia. Cała procedura odbyła się przy udziale zespołów anestezjologicznego, neurologicznego, położniczego i neonatologicznego.
— Skupialiśmy się na skutecznym leczeniu mamy, cały czas dbając o bezpieczeństwo dwojga dzieci. Zabieg przebiegł zgodnie z planem, a możliwość dalszego, bezpiecznego utrzymania ciąży była najlepszym rezultatem, jaki mogliśmy osiągnąć — tłumaczy prof. Poncyliusz.
Placówka podkreśliła, że udało się nie tylko przedłużyć ciążę o jeden dzień, ale o kilka kolejnych tygodni, co miało ogromne znaczenie dla zdrowia dzieci. W 37. tygodniu ciąży, 7 sierpnia, przeprowadzono planowe cięcie cesarskie, podczas którego urodziła się Mila o godzinie 8:49, ważąca 2670 gramów i mierząca 52 centymetry, oraz Maks o godzinie 8:50, z wagą 2570 gramów i długością 50 centymetrów.
"A Maks postawił nad tą wyjątkową historią własną "kropkę", przychodząc na świat w nienaruszonym worku owodniowym. Dosłownie: "w czepku urodzony"" — czytamy.
Podczas spotkania, które odbyło się 29 września i zgromadziło przedstawicieli zespołów zaangażowanych w opiekę nad Olgą i jej dziećmi, kobieta podzieliła się swoimi odczuciami:
— Bałam się nie tylko o siebie, ale przede wszystkim o Milę i Maksa. Od początku czułam jednak, że jesteśmy w dobrych rękach i że nad naszym bezpieczeństwem czuwa wiele osób. Dzisiaj najważniejsze jest dla mnie to, że Mila i Maks są zdrowi, a ja mogę być razem z nimi, ich starszym bratem Filipem oraz mężem — mówiła.
Dyrektor naczelny szpitala, dr hab. Konrad Jarosz, podsumował całą sytuację następująco: — Tutaj mieliśmy jednocześnie troje pacjentów, dwa nasze ośrodki i wiele zespołów specjalistów, które musiały działać według jednego, precyzyjnie przygotowanego planu. Szczęśliwe zakończenia takich historii są dla nas ogromną radością, ale również dodają naszym pracownikom siły do podejmowania kolejnych, nawet najtrudniejszych wyzwań. Pacjentom i ich bliskim mogą natomiast dawać coś równie ważnego — nadzieję.
Szpital wyraził ogromną dumę z pracy profesora Wojciecha Poncyljusza, zespołu neuroradiologii zabiegowej oraz wszystkich specjalistów i pracowników, którzy przyczynili się do sukcesu tej skomplikowanej akcji. Podkreślono, że dzięki ich zaangażowaniu dwa oddalone od siebie ośrodki potrafiły funkcjonować jak jeden, doskonale współpracujący zespół.
Według informacji przekazanych przez placówkę, po przeanalizowaniu światowej literatury medycznej oraz przeprowadzonych konsultacjach, przypadek Olgi Bratkowskiej został uznany za pierwszy tego rodzaju opisany na świecie.
Więcej informacji - tutaj
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze