Gdy w 1930 roku kolarze ruszali na morderczą trasę Biegu Propagandowego do Granicy Niemieckiej, jechali po coś więcej niż sportowy laur. Ich wyścig był narzędziem twardej polityki i manifestem narodowej dumy. Był demonstracją siły i sprzeciwem wobec rewizjonistycznych roszczeń zachodniego sąsiada. Była to epoka, w której o zwycięstwie decydował hart ducha. Kiedy jedyną prawdziwą walutą, po którą jechali kolarze był honor i godność. Kiedy materialna wartość zwycięstwa była wręcz symboliczna, a nagrody wręcz abstrakcyjne… Przed Państwem lekcja historii. Trzecia część cyklu „Dzieje Pułtuskiego Kolarstwa” Pułtuskiej Gazety Powiatowej i doktora Krzysztofa Wiśniewskiego – historyka, prezesa Pułtuskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego.
Zapraszamy do przeczytania opowieści dra Krzysztofa Wiśniewskiego o pułtuskich kolarzach, o czasach, w których na starcie odgrywano dwa hymny, a decydujący finisz na wąskiej drodze potrafił zablokować... kondukt pogrzebowy.
Przed Państwem intelektualna rozgrzewka przed nadchodzącym Rajdem do Bram Mazur.
Niewątpliwie najsłynniejszym wyścigiem przedwojennego Pułtuska był Bieg propagandowy do granicy Prus Wschodnich, jak to ujęto w 1930 roku. Później nazwę zmieniono na Bieg propagandowy do granicy niemieckiej. Wyścig ten był dzieckiem wydarzeń politycznych. Przede wszystkim protestem Pułtuszczan przeciwko niemieckim próbom rewizji granic wersalskich, a także okazaniem poparcia dla braci, którzy pozostali poza granicami Polski – dla braci Mazurów.
Nie bez przyczyny pierwszy wyścig odbył się 17 października 1930 roku, czyli w rocznicę zawarcia II Pokoju Toruńskiego w 1466 roku, który to kończył wojnę trzynastoletnią z Krzyżakami, a w jej efekcie Korona otrzymywała Prusy Królewskie.
Drugi wyścig odbył się 27 września. Dokładnie w sześćsetną rocznicę zwycięskiej bitwy pod Płowcami.
W kolejnych latach nie trzymano się już tak dokładnie terminów patriotycznych, gdyż ogólnopolski kalendarz wydarzeń kolarskich wymagał większej elastyczności, a w kalendarzu tym pułtuski wyścig zajmował coraz ważniejsze miejsce, stając się - obok Mistrzostw Polski - najważniejszym wyścigiem klasycznym, jednodniowym w Rzeczypospolitej.
Zaczęło się od 16 kolarzy…
W pierwszej edycji, w 1930 roku, o której jeszcze opowiem, wzięło udział tylko 16 kolarzy. Wszyscy byli z Pułtuska.
W kolejnych edycjach zaczęli brać udział kolarze z klubów warszawskich, ostrołęckich, płockich, siedleckich, łódzkich i z innych miast Polski. W wyścigu uczestniczyli kolarze ze ścisłej krajowej czołówki. Mistrzowie Polski szosowi i przełajowi, na przykład Franciszek Kiełbasa, zwycięzca pierwszego Tour de Pologne, Feliks Więcek czy też pochodzący z Pułtuska mistrz Polski z 1936 roku - Wacław Starzyński. W 1935 roku wyścig był dla reprezentacji Polski zarazem biegiem eliminacyjnym do wielce prestiżowego meczu z Niemcami, czyli do wyścigu Warszawa-Berlin.
Teatr, Związek Strzelecki i…kolarstwo?
Z wyjątkiem pierwszej, start pozostałych edycji wyścigu rozpoczynał się na Placu Teatralnym przed siedzibą Związku Strzeleckiego w Pułtusku, która to mieściła się w sali teatru miejskiego - w sali Lutnia. Przed wyścigiem następowały oficjalne przemówienia burmistrza lub starosty pułtuskiego. Później odgrywano Mazurka Dąbrowskiego i Rotę. Co jest bardzo ciekawe, bo Mazurek Dąbrowskiego został oficjalnie hymnem Polski w 1927 roku. Pomimo tego cztery lata później Pułtuszczanie na wszelki wypadek odgrywali jeszcze i odśpiewywali Rotę, czyli oficjalnego konkurenta Mazurka do miana hymnu polskiego.
Start wyścigu!
Następował honorowy start! Starterem był z reguły burmistrz lub starosta, po czym kolarze skręcali w prawo, w ulicę 3 Maja, gdzie po przejechaniu około stu metrów następował „start ostry”. W momencie wyruszania kolarzy tradycyjnie odgrywano „Pierwszą brygadę”. Oprawę muzyczną zapewniała Orkiestra Strażacka.
W wyścigu - autobusem…
Kibiców było mnóstwo. Ci najbardziej zainteresowani wyścigiem mieli możliwość kupna miejsc w specjalnym autobusie, który wyruszał razem z kolarzami na trasę, z którego można było na bieżąco obserwować zmagania zawodników. Wraz z kolarzami i autobusem, w którym siedzieli kibice, wyruszało na trasę kilkanaście innych aut i motocykli. Jak twierdziła prasa pułtuska było ich więcej niż w wyścigach warszawskich. Siedzieli w nich, oprócz sztabów trenerskich, także korespondenci prasy ogólnopolskiej, a podobnież także korespondenci Polskiego Radia, które nadawało z tego wyścigu relacje.
W pierwszym wyścigu - w 1930 roku - uczestniczyło tylko 16 kolarzy z Pułtuska. Większość z Pułtuskiego Towarzystwa Kolarskiego, dwóch od głównego organizatora, czyli Klubu Związku Strzeleckiego w Pułtusku, trzech z Żydowskiego Klubu Sportowego „Gwiazda” oraz Klubu Sportowego Policji Państwowej.
Do Przasnysza dojechał praktycznie cały peleton. Dopiero na wzniesieniach koło Krzynowłogi Małej (między Przasnyszem a Chorzelami) zaatakowała piątka kolarzy, z których Bolesław Marciniak odpadł po zerwaniu się łańcucha. Na szlaban graniczny w Opaleńcu jako pierwszy, z przewagą 150 metrów, dotarł Antoni Sienkiewicz, ale w drodze powrotnej tuż za Chorzelami miał defekt, w wyniku którego wyprzedził go Edward Sarnicki i Czesław Kulicki i ta dwójka uzyskała przewagę nad Sienkiewiczem około dwóch kilometrów. Sienkiewicz nie poddał się. Dopadł ich przed Makowem. Między Makowem, a Szelkowem odpadł Edward Sarnicki. Z kolei między Szelkowem, a Pułtuskiem trwała walka między Sienkiewiczem i Kulickim…
Cmentarz i…kondukt pogrzebowy
Walka rozstrzygnęła się w okolicy cmentarza Świętego Krzyża. Tutaj dwójka kolarzy natknęła się na kondukt pogrzebowy, który jechał całą szerokością wąskiej wtedy drogi. Przed kondukt przebił się pierwszy Czesław Kulicki wyprzedzając Sienkiewicza o około 50 metrów. Na metę wpadli w tej samej kolejności…
Meta wyścigu
Meta wyścigu najczęściej znajdowała się na ulicy 3 Maja. Po obu stronach zgromadzone były tłumy kibiców, które uprzedzane o przejeździe kolarzy były specjalnymi „czujkami”, które ciągnęły się aż do cmentarza Świętego Krzyża. Finisze wyścigu były z reguły bardzo szybkie, bo teren prowadzi z górki. Były też dosyć niebezpieczne, bo był tu bruk, nie zawsze całkowicie wypełniony, zdarzały się dziury. Wpadając z taką dziurę, potłukł się na treningu nasz mistrz Antoni Sienkiewicz. Szczególnie niebezpiecznie było podczas opadów deszczu, jak na przykład w 1935 roku. Na szczęście wówczas nie zdarzyła się żadna kraksa. Mamy za to informację o innych niespodziewanych kłopotach. Na przykład w 1937 roku organizatorzy napisali białą farbą „Meta” 50 metrów przed właściwą linią mety. Zmyliło to prowadzącego kolarza Mieczysława Moczulskiego z Polonii Warszawa. Zwolnił on i dopiero krzyki kibiców uświadomiły mu pomyłkę. Ale było już za późno, gdyż wyprzedziło go trzech innych kolarzy i Moczulski zajął czwarte miejsce.
Kolejne spotkanie z doktorem Krzysztofem Wiśniewskim już 21 lipca, zarówno w Pułtuskiej Gazecie Powiatowej, na stronie internetowej pultusk24.pl, jak i na redakcyjnym FB (także w wersji filmowej).
Anna Jadaś

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze