Po trzecim roku studiów Katarzyna przeszła na indywidualny tok studiów, dostała znakomitą ofertę pracy. Zaczęła dobrze zarabiać, stać ją było wreszcie na wynajęcie własnego, małego mieszkania. Kontaktu z rodziną właściwie nie miała. Tuż przed obroną pracy magisterskiej, przed swoim blokiem na ławce zobaczyła swoją matkę.
– Najchętniej w ogóle nie wpuściłabym jej wtedy do mieszkania. Pojawiła się we mnie taka niekontrolowana złość… po co ona tutaj, czemu ona z tamtego życia pcha się w moje nowe życie, bez niej, bez nich… Nie zdążyłam jej wtedy tego wykrzyczeć, powiedziała mi, że… ojciec umarł. Nic nie poczułam. Ani ulgi, ani smutku. Nic. Rozumiesz? Umarł mój ojciec, zdechł mój oprawca. Ja nic nie poczułam. Na pogrzebie nie byłam. Miałam obronę magisterki przecież…
– Ojciec oprócz tego, że chlał, bardzo dużo palił. Zanosił się takim obrzydliwym, chrapliwym kaszlem, zwłaszcza po wysiłku. A bicie nas to jednak był wysiłek. Dźwięk tego jego kaszlu pojawiał się w moich koszmarach. Tak samo kaszlał jeden z dozorców w moim biurowcu. Nie mogłam słuchać tego kaszlu, choć to był normalny, dobry człowiek, tyle że palacz… Anetka, ja doprowadziłam do tego, że go zwolnili… bo nie mogłam sobie z tą traumą poradzić… – do jakiego zła jest w stanie doprowadzić głęboko skrzywdzony człowiek, myślałam patrząc na Kasię.
Jest ładna, mimo upływu lat, taka wciąż dziewczęca, zawsze była drobna i szczupła. Zadbana do perfekcji… ale też tak chyba musi w pracy. Dłonie zawsze zimne, zawsze ściśnięte w pięść…
– Zaciśnięte zęby i palce, odkąd pamiętam… Teraz jest hybryda, ale kiedyś… paznokcie poobgryzane niemal do krwi. Wydawało mi się, że gdy już będę bezpieczna, gdy będę miała swoje mieszkanie, kiedy zacznę zarabiać tyle, żeby nie martwić się w sklepie spożywczym, czy jak kupię to na co mam ochotę, wystarczy mi kasy – że wtedy będzie już dobrze, że dam sobie z tym wszystkim radę, że to minie… ale nie minęło, nie mija… To czarne ptaszysko strachu siedzi mi na głowie, wbija pazury w skórę, dotkliwie dziobie mnie po karku… Nie umiem go oswoić, nie umiem go przepędzić, on mnie kiedyś zamęczy, zobaczysz…
Ceniona w pracy, osiągająca sukcesy, świetnie zarabiająca, wciąż atrakcyjna i aktywna, w domu siadała z butelką wina i nie odstawiała jej wcześniej, niż gdy była pusta. Bezwzględna nawet dla swojej instruktorki fitness, kiedy ta zażartowała na temat jej sportowego stroju. Pijąca o piątej rano w weekend, gdy świt zaglądał w oczy paraliżującym strachem.
***
Kate. Tak zwracał się do Kaśki jej partner, pierwszy poważny związek, całkiem fajny facet. On dużo podróżował, jej się spodobało odwiedzanie pięknych miejsc na świecie.
To było chyba najlepsze dotąd pół roku w moim życiu. Zakochałam się w Szymku i jakby coś drgnęło… jakbym potrafiła chwilami zapominać o tym strachu. Przez kilka miesięcy było fajnie, zaczęliśmy nawet coś razem planować. Ale kiedyś złapałam go na niewinnym kłamstwie. Niby nic takiego, a jednak… straciłam poczucie bezpieczeństwa, straciłam do niego zaufanie. Demony, uśpione tylko, wróciły. Zamęczałam go pretensjami, podejrzeniami, łapałam doła za dołem. To on mnie przekonał, że potrzebuję terapii. Nie wiedział, że już kilka miałam za sobą. Poszłam na terapię, a frustracje z domu zaniosłam do pracy. Młodzi pracownicy uciekali kolejno z mojego zespołu. Szef poprosił o rozmowę, byłam dla niego cenna, ale musiałam mieć z kim pracować przecież. Poradził terapię, otwarcie na innych. Poszłam na następną terapię, frustracje z pracy zabierałam do domu. Znowu zaczęłam popijać więcej, bałam się, że stracę Szymka, że stracę pracę, że znowu będę nikim, bachorem. Śnił mi się mój szef, goniący mnie z pogrzebaczem. I Szymek, który mnie gwałci, jak ojciec matkę. Totalnie się zamknęłam. On w końcu nie wytrzymał. Wyjechał, zaczął pracę w Berlinie. Ja uciekłam w pracę. I alkohol – Kasia wyjmuje komórkę. Szuka czegoś w wiadomościach. W końcu pokazuje mi zdjęcie uśmiechniętego faceta z dwójką dzieci na łódce.
– Zobacz, on sobie poukładał życie… znalazłam go na facebooku Nie miałam odwagi napisać… To był chyba jedyny facet, którego tak naprawdę kochałam – przyznaje Kasia.
Bo po Szymku było ich kilku jeszcze. Na dłużej, na krócej. Nigdy na zawsze. Kaśka, atrakcyjna, zadbana, podobała się mężczyznom.
– Trafiałam na fajnych, mądrych facetów, ale z nikim nie umiałam tak naprawdę stworzyć normalnego związku. Obiektywnie, to ja każdy swój związek rozwaliłam. Problemy z bliskością, z seksem, z relacjami z mężczyzną. Jaki ja miałam wzorzec mężczyzny w domu? Jakie wyobrażenie o małżeństwie? Co z tego, że wiedziałam, jak powinno być, skoro podświadomie nie mogłam wyjść z syndromu ofiary, z DDA, z tego chłodu emocjonalnego, którego nie mogłam przezwyciężyć mimo leków, terapii, kolejnych psychiatrów. No i alkohol. W relacji partnerskiej nie byłam w stanie tego ukryć – przyznaje.
Ostatni związek miał szansę skończyć się małżeństwem. Ale skończył się na wytrzeźwiałce. Poszło o dziecko.
– Oskar, sam po trudnym dzieciństwie, wydawał się rozumieć więcej. Trochę mu o sobie powiedziałam. Wspierał mnie, znalazł nowego lekarza, z którym podjęłam także leczenie odwykowe. Zaczynało się układać. Wtedy zorientowałam się, że mogę być w ciąży. Nie byłam, jak się ostatecznie okazało, ale zdążyłam Oskara zawiadomić, że jak coś, usunę. Bo nienawidzę dzieci i nigdy nie chcę ich mieć. Po wielkiej awanturze zabrał swoje rzeczy i nie odbierał telefonu. Nachlałam się tak, że siedzącą w parku, zasikaną, zwinęli mnie policjanci. Oparłam się na izbie wytrzeźwień. Cudem zdołałam ukryć to w pracy. Po tym wszystkim już zupełnie popłynęłam. Rano przed pracą to jeszcze wytrzymywałam, ale już przed końcem w łazience popijałam małpkę. Wieczór był już mój… albo wino, albo po prostu czysta do lusterka… Nachlana do nieprzytomności, czasem nawet nie zamykałam drzwi, zalewałam sąsiadów wodą z wanny, w której usypiałam pijana w sztok…
– I nikt w pracy się nie zorientował, że jesteś albo nawalona albo na kacu?
– Oczywiście, że się orientowali. Ale ja jestem pracownikiem miesiąca, roku, dekady, stulecia. Jestem bardzo dobra i ja to wiem i oni też. Nigdy nie zawaliłam niczego w pracy, nigdy się tam nie skompromitowałam… tak totalnie… Bardzo często pracuję z domu. Choć kiedyś… przez pewien czas pracowałam w projekcie z fajną babką. Nawet się trochę zakumplowałyśmy. Raz mnie przyłapała, jak w łazience dopijałam małpkę. Powiedziała tylko: mogę pomóc, gdybyś chciała. Ja szybko obróciłam wszystko w żart i zakończyłam temat. A może trzeba było nie kończyć… skorzystać z tej pomocy… już wtedy zacząć walczyć.
***
Kasia alkoholiczka. Terapeutka, którą poradziłam Kasi, specjalizuje się w uzależnieniach, ale to bardzo doświadczony psychiatra, dotknęła od początku wielu bolesnych tematów i traum. Matka i jej wyłamana jedynka. Jeszcze nie przepracowana w terapii.
– Nie umiem jej wybaczyć. Nie umiem się do niej zbliżyć. Nawet rozmawiać z nią nie umiem. Jest coraz starsza, ostatnio wymagała leczenia. Siostra zadzwoniła z prośbą o pomoc, bo ją na prywatnych lekarzy nie stać. Załatwiłam wszystko, zapłaciłam, ale pójść z nią nie poszłam. Widzę, że ona czuje się winna, widzę, jak bardzo się z tym męczy. Terapeutka zapytała, czy nie mam wrażenia, że chcę matkę w ten sposób ukarać, skrzywdzić. Chyba tak. Wychowana w znęcaniu nad drugim człowiekiem, w pewien sposób, też psychicznie się nad nią znęcam swoim brakiem wybaczenia. Mówię sobie, że na razie nie umiem inaczej, ale czy to rzeczywiście prawda? Może po prostu nie chcę… może to taki rewanż.
W ramach terapii właśnie, Kasia spotkała się z bratem i siostrą. Poprosiła o to spotkanie, zaprosiła oboje w miłe miejsce. Ale rozmowa się nie kleiła.
– Póki co jesteśmy jak obcy sobie ludzie, choć… chyba brat i siostra mają jakąś własną nić porozumienia, która mnie nie dotyka. Oni się pogodzili z rolą ofiary, siostra ma trudnego męża, brat żonę fajną, ale o bardzo mocnym charakterze. Uparcie powraca do mnie taka myśl ostatnio, że oni są, jak matka… a ja jak ojciec… Zimny pot mnie oblewa na samą myśl, że mogłabym być jak ojciec. I czuję złość, że mogłabym być jak matka… Nie umiem znaleźć siebie, swojego własnego miejsca… Potrzebuję kogoś bliskiego, a z drugiej strony nie umiem takiej relacji bliskości zbudować – przyznaje Kasia sięgając po kolejnego papierosa. Bardzo dużo ostatnio pali.
***
– Bo nie piję – odpowiada na moje uwagi – obu nałogów na raz nie rzucę, jakaś przyjemność w tym życiu musi być... Nie piję, nie baluję, zero seksu, nie mam z kim podróżować, to choć zapalę sobie.
Samotność dokucza jej ostatnio bardziej niż kiedykolwiek. Ale terapeutka odradza budowanie teraz związku, stałych relacji. Najpierw trzeba uporządkować siebie, wejść z sobą w dobrą relację. Dopiero wtedy jest szansa, że związek da jej spokój, szczęście i poczucie bezpieczeństwa.
– I coś w tym jest, wierzę jej – przyznaje Kasia – ona ma rację, że budowanie swojego szczęścia wyłącznie w oparciu o relację z drugim człowiekiem jest bardzo niebezpieczne, że trzeba mieć trochę tego szczęścia w sobie i dzielić się nim, a nie wisieć zaborczo na czyimś ramieniu, bo brakuje ci poczucia bezpieczeństwa. Mi dotąd w życiu poczucie bezpieczeństwa dawała tylko praca, a z nią nie będę miała dzieci, do niej się nie przytulę…
– Dzieci? Ty?! – chyba się przesłyszałam…
– Niekochane dzieci nie są dobrymi rodzicami, jeśli sobie tego nie uświadomią, że to nie ich wina, że ktoś je skrzywdził – tak mówi moja terapeutka. A im bardziej ktoś mówi, że nie chce dzieci, tym bardziej o nich marzy i kiedy mówi, że ich nigdy nie będzie potrzebował, to ich właśnie bardzo potrzebuje. Wiesz, że jest coś takiego jak strach przed miłością? Strach przed tym, aby pokochać w obawie, że zostanie się upokorzonym, zranionym, porzuconym…
– Chyba każdy się tego trochę obawia…
– Obawia. A nie czuje, że ten strach go obezwładnia i paraliżuje. Tak paraliżuje, że zanikają mięśnie i tylko alkohol pozwala oddychać… A wiesz, ja ciągle się boję. Teraz najbardziej tego, że mam gdzieś w genach zapisane, że jestem w sumie taka jak mój ojciec. Tak samo bezwzględna alkoholiczka. Latami próbowałam wyprzeć z pamięci twarz ojca. Ale nie mogę. Mam ją często gdzieś pod powiekami. I zastanawiam się, czy fizycznie jestem do niego podobna, czy mam jego rysy. Wiem, nie powinnam się wkręcać w takie myślenie, ale czasem nie umiem od niego uciec. Na szczęście dużo śpię i już coraz mniej jest snów. Leki działają. Na niepicie. Na nieczucie, ale też na uspokojenie. Na razie walczę, ale na jak długo mi siły wystarczy, nie wiem… Najtrudniej jest w święta, weekendy, w takich momentach, gdy pojawia się za dużo czasu na myślenie…
– Zaczęłam się uczyć hiszpańskiego, wiesz… To takie moje zadanie. Jak się pouczę i będę już znać choć na podstawowym poziomie, pojadę do Barcelony. Taki jest mój krótkoterminowy plan. Tego długoterminowego jeszcze nie ma. Uczę się żyć tu i teraz i tym, co teraz…
– Czasem się zastanawiam, czy po tym wszystkim, czy będę jeszcze kiedyś spokojna, szczęśliwa, normalna… Czy po tym wszystkim, co przeszłam, co widziałam, czego dotknęłam, jeszcze mogę być normalna i szczęśliwa. Tak całkiem pewno nie, bo jednak depresja to choroba na całe życie, podobnie jak alkoholizm, ale może z tym też da się żyć.
Z człowiekiem, jest jak z psem. Skrzywdzony przez złych ludzi, traci zaufanie także do tych dobrych.
– Ja wiem, że tylko głupi i źli nie wybaczają, nie zamykają złej przeszłości, przede wszystkim dla siebie. Muszę się nauczyć na nowo ufać ludziom, muszę nauczyć się sama sobie dawać poczucie bezpieczeństwa. Wybaczyć, a nie zapomnieć. Matce na razie nie umiem wybaczyć. Jeśli w ogóle kiedykolwiek będę umiała. Te wszystkie matki Polki, które trwają w chorych związkach dla niby dobra dzieci, powinny o tym wiedzieć, powinny to przeczytać. Nie ma rodziny, gdy ludzie się krzywdzą, jest tylko zbiór osób, w którym jedni są katami inni ofiarami. A matka nie może być katem i nie może pozwolić, aby jej dziecko było ofiarą.
- Wiem, że muszę zaleczyć ranę, która wciąż we mnie jeszcze krwawi. Inaczej poplamię krwią tych wszystkich ludzi, którzy mi tej rany nie zadali. Jak tego zwolnionego dozorcę. Bo krwi nie zmywa się krwią, tylko wodą. Ktoś mi powiedział, że człowiek, który nie umie wybaczyć, największą krzywdę robi samemu sobie. I coś w tym jest. Jako krzywdzone dziecko muszę się nauczyć nie być krzywdzącym dorosłym. Ale jeszcze nie teraz…jeszcze matce nie umiem powiedzieć tego wszystkiego, co we mnie jest. Tego żalu, że nie byłam dla niej najważniejsza, tej pretensji, że o nas nie zadbała, tej złości, że zabrali nam z ojcem coś tak pięknego, jak dzieciństwo. Smutku, że nie mając poczucia własnej wartości, budowałam je latami na upokarzaniu innych. Wstydu, że tak robiłam. Wściekłości, że matka nie zachowała się jak matka. Że nie było jej, gdy najbardziej jej potrzebowałam.
– A ojciec?
– Ojca to tak, jakby wcale nie było. A ona była.
Aneta Kowalewska
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze