Reklama

Kaśka, którą ojciec ganiał z pogrzebaczem - cz. I

07/06/2026 11:04

Sukces ma smak szampana. Albo dobrego wina. Ale też czystej z colą. Smutek ma smak wina, dobrego. Albo też czystej z colą. Strach ma smak czystej, nawet bez coli. Depresja smakuje małpką. Życie Kasi ma smak sukcesu, okupionego strachem, smutkiem, depresją, alkoholizmem.

Zastanawiałam się od pierwszego właściwie momentu, gdy się poznałyśmy, przypadkiem, służbowo, czemu Kaśka, inteligentna, przebojowa, bystra, ciągle wśród ludzi, tak naprawdę bardzo nie lubi ludzi. Potem przez lata, kiedy od czasu do czasu znalazłyśmy chwilę na kawę, nie dawało mi spokoju, czemu Kaśka tak nie znosi dzieci. Nie dało się jej opowiadać o kołysankach, buziaczkach na dobranoc, pierwszych kroczkach. Ja, młoda mama, wtedy tym żyłam. U niej, tak elokwentnej, nie było słowa dziecko. Był bachor.

- Kaśka, czemu ty tak nie lubisz dzieci? – wielokrotnie padało moje pytanie, gdy Kasia, będąc w stałym związku, zmieniała mieszkanie i nie planowała w nim dziecięcego pokoju.

Reklama

– Po co mi bachor, którym ciągle trzeba się opiekować. To już wolę psa, łatwiejszy w obsłudze, mniej kosztuje i łatwiej się go pozbyć – potrafiła być totalnie cyniczna.

Ale poznałam odpowiedź na to pytanie. Tylko trochę później. Już po tym, jak pewnego jesiennego wieczoru zadzwoniła i zapytała zachrypniętym głosem.

– Ej, burmistrzyni, ty się zajmujesz pijakami, tak?

– No zajmuję, a kim się trzeba zająć? Już dzwonię i załatwiam ekspresowo – zażartowałam, często tak się droczyłyśmy, Kasia lubiła ponarzekać na opieszałość urzędników.

Reklama

– Mną! Trzy litery, a poznałam zupełnie inną Katarzynę…Ten cykl reportaży to także jej inspiracja i jej zasługa.

 

***

– Jestem DDA, jestem AA, jestem sama dla siebie NN, jestem strzępem człowieka, który pozostał po wieloletniej domowej przemocy, rodzinnym alkoholizmie, zniszczonym dzieciństwie, nieleczonej latami depresji. Przemoc w rodzinie to nie tytuł książki, nie paragraf, nie zjawisko społeczne…to tsunami, które niszczy wszystko, co spotka na swojej drodze. Relacje, wartości, uczucia, poczucie bezpieczeństwa, poczucie własnej wartości. Napisz o tym, umiesz pisać, to pisz. Każdy powinien coś robić, by zatrzymać to tsunami. Dla mnie już niewiele się da, ale dla innych… może… Rób coś. Moja matka nie zrobiła.

Reklama

 

***

- Kaśka. Albo - ten bachor. Tak najczęściej zwracał się do niej ojciec. Dwójka rodzeństwa to też były bachory. Tylko w lepszych chwilach, a tych było niewiele, ojciec potrafił powiedzieć: dzieciaku. Pił i bił ich i matkę, odkąd Kaśka pamięta.

– Prymityw – mówi dziś o ojcu – bydlak, który pił, robił dzieci, potem znęcał się nad nimi. Matka – przerażona, bezwolny mięczak, nigdy nie umiała mu się przeciwstawić, zawalczyć o siebie, o nas.

– Nie mogę na nią patrzeć, ten jej wyłamany ząb, jedynka, przypomina mi wszystko, co najgorsze w moim życiu. Nie chcę, nie mogę jej oglądać, nie umiem jej wybaczyć…

Reklama

– Jej? – nie ojcu?

– Ojciec był nic nie wart, nawet pamięci. Umarł dla mnie długo przed śmiercią, nigdy go właściwie nie było. Nie było ojca. Był bydlak i oprawca. Ale ona była matką, powinna była coś zrobić, zabrać nas, ochronić. Nic nie zrobiła. Ten jej wyłamany ząb to moja trauma, nigdy chyba się jej nie pozbędę.

– A może po prostu, zabierz ją do dentysty, wstaw jej ten ząb, łatwiej będzie zapomnieć!

– Myślisz, że to można zapomnieć?

– Nie. Ale pogodzić się z tym i wybaczyć tak…

– Zaplombować tę przeszłość?...Zaleczyć… Próbowałam, osiem lat terapii, psychiatrzy, terapeuci, leki… Już bym pewnie chatę na Mazurach kupiła za to wszystko co wydałam, aby wyjść z tej traumy. Nie umiem sobie z tym poradzić…

Reklama

– Dlatego zaczęłaś pić?

– Może jestem taka sama jak mój ojciec? To podobno jest w genach… Paradoks, jestem może taka sama jak ten, którego najbardziej nienawidzę i właśnie za to… jaki jest… Piję, wiesz… najbardziej ze strachu. Chyba on jest najsilniejszym powodem. Piję, żeby się nie bać. Bo ja ten strach z dzieciństwa cały czas mam gdzieś w żołądku, głęboko. I w klatce piersiowej. Taki paraliżujący strach, że nie da się oddychać. I kiedy wypiję, coś puszcza, łatwiej oddychać… Można swobodnie poruszać palcami, jakby coś w środku się poluzowało. Robi się cisza w głowie, nie ma tego krzyku…

Reklama

Podobno pułapką nienawiści jest to, że zbyt mocno wiąże nas ona z przeciwnikiem. Paradoksalnie, większą szansą na uwolnienie się od oprawcy jest wybaczenie. Kaśka ma tę nienawiść w każdej komórce ciała, palącą jak alkohol, który wlewała w siebie latami. Ona nie wybaczy. Nieprędko będzie na to gotowa.

O tym, że ojciec Kaśki to domowy bandyta, wszyscy w jej miasteczku widzieli. I nawet starali się coś zrobić. Rodzina matki prośbą i groźbą próbowała przywrócić krewkiego zięcia i szwagra do porządku, policja nie unikała przyjeżdżania na interwencje, sąsiedzi nie byli głusi.

Reklama

Ale sparaliżowana strachem matka Kaśki nie zdecydowała się nigdy na żaden krok, zgłoszenie do prokuratury czy choćby na wyprowadzkę do rodziny.

– I tego jej nie mogę darować. Trzeba było, jak już nie umiała inaczej, po prostu uciec z nami gdziekolwiek, a nie pozwalać się gwałcić ojcu w pokoju obok, podczas gdy myśmy wszystko słyszeli. Wiesz, czemu nie mogę sobie ułożyć życia z żadnym facetem? Bo mam problem z seksem, on mi się kojarzy tylko z tymi odgłosami z sąsiedniego pokoju, z obrzydzeniem. A to nienormalne przecież. Normalni ludzie uprawiają seks i on jest piękny a ja cały czas mam z tym problem. I on, prędzej czy później, rozwala każdy mój związek… Nie znam czułości…

Reklama

Uciekała z domu, odkąd pamięta. Uczyć się do koleżanek, nocować u ciotki, pomagać sąsiadom. Być wszędzie, byle nie być tam. Ale wychodząc z domu, za każdym razem wkładając buty, zabierała z sobą upokorzenie, do kieszeni wkładała wstyd, przygarbiona strachem nawet nie odwracała się w stronę kuchennego okna, w którym bywała matka. Wtedy sobie obiecywała, że jak tylko się stamtąd wyrwie, będzie kimś. To jej będą się bać. Z nią będą się liczyć. Ją szanować!

– I stąd wzięłam się ja – suka. Suka – szefowa. Kiedy tylko mogłam pierwszy raz zarządzać ludźmi, doprowadzałam ich swoim perfekcjonizmem do uporczywego bólu brzucha. Byłam wredna, apodyktyczna, bez grama wyrozumiałości. Z czasem, na chwilę się od tego odzwyczajałam, bo kiedy rozpadał mi się zespół za zespołem, odbierałam sygnały, że to nie jest profesjonalne. A perfekcjonizm i profesjonalizm mnie zjadał. Ubrania w szafie wiszące kolorami, równo ustawione pudełka z herbatą według daty ważności, wysprzątany sterylnie dom, ręce myte co chwila i wycierana ściereczką umywalka. Ten porządek dawał mi poczucie bezpieczeństwa – przyznaje. Myła stopy, będąc dłużej w pracy, kilkakrotnie w ciągu dnia zmieniała bieliznę. Podwładne, które zachodziły w ciążę, od razu szły na zwolnienie – dla nich była wyjątkowo bezwzględną szefową.

Reklama

Z domu, który nie był domem, wyniosła chłód. Nie zbudowała relacji ani z rodzeństwem, ani tym bardziej z matką. Każdy na własną rękę unikał razów ojca, nie umieli o tym rozmawiać, nie umieli się wzajemnie wspierać. Według Kaśki winna temu była matka. Ona i przede wszystkim ona.

– Gdzie była, kiedy kopał mnie w plecy? Kiedy gonił przez podwórko z pogrzebaczem, a koleżanki i koledzy z ulicy wszystko widzieli? Kiedy widząc mnie wracającą od ciotki, zamykał drzwi na klucz i nie wpuszczał godzinami do domu? Gdzie była wtedy? I czemu nas nie broniła? Ja nie twierdzę, że ona nas nie kochała, jesteśmy jej dziećmi, po swojemu z pewnością nas kochała. Ale pozwoliła nas krzywdzić, a matka nie powinna nikomu pozwolić na krzywdzenie swoich dzieci! Nawet ich ojcu – wyrzuca z siebie. Strach czyni z człowieka egoistę…

Reklama

 

***

Kiedy dostała pierwszy okres wiedziała, że to, co teraz musi, to uczyć się, jak najlepiej i jak najwięcej i z najlepszymi ocenami dostać się do dobrego liceum. Najlepiej z internatem. Po cichu zarabiała pierwsze pieniądze: a to za zrywanie truskawek, a to opiekę nad dzieckiem sąsiadki, a czasem nawet jakaś pomoc w sklepie się trafiła. Wszystko na ten internat. I na tę lepszą przyszłość, w której to ją, Kaśkę, będą szanować. I nikt się już nie odważy nawet pomyśleć o niej: bachor.

– Moje wspomnienie z dzieciństwa to poczucie, że jestem gorsza. Że ludzie się nade mną litują, że w duchu się ze mnie śmieją, opowiadają sobie przy kolacji, jak mnie w jednym bucie ojciec goni z pogrzebaczem do furtki. To we mnie pozostało. Do dziś we mnie jest. Terapie, w których budowałam poczucie własnej wartości, wciąż przynoszą efekt raczej mizerny. W każdej trudnej sytuacji najpierw obwiniam siebie. Ciągle jestem nieufna wobec ludzi. Nie mam dystansu do siebie, nie mam poczucia humoru. Ja ciągle jeszcze uciekam przed tym pogrzebaczem. I jestem tym już okropnie zmęczona –zamyka oczy i milknie na chwilę. Po czym dorzuca, z brutalną szczerością, jak to ona:

– Ludzie skrzywdzeni w dzieciństwie, krzywdzą innych jako dorośli. To jest jakieś takie… podświadome. Ja nie umiem chwalić, umiem natomiast wrednie krytykować. Na dziesiątkach szkoleń z zarządzania ludźmi uczyłam się motywowania, doceniania. I robię to, ale mechanicznie. Nie ma we mnie tego tak naturalnie, jak u innych. Masz rację - ja nie lubię ludzi. Czuję się gorsza od większości, pomimo tego wszystkiego, co przecież już osiągnęłam, tylko dzięki sobie. Kiedy patrzę na szczęśliwego człowieka, coś mnie w środku boli i z tego bólu bierze się złość. Nie przechodzi mi przez usta komplement. Osiągnęłam sukces zawodowy dzięki wielu ludziom. I wielu za to zniszczyłam…

 

***

Katarzyna. Osiąganie tego wszystkiego zaczęło się od liceum. Na tyle daleko od domu, by Katarzyna mogła zamieszkać w internacie. Trochę pieniędzy miała zaoszczędzonych, trochę pomogła ciotka, z którą była najbliżej. Dodatkowo pojawiło się stypendium za bardzo dobre wyniki w nauce.

- Pierwszy raz w życiu pojawiła się namiastka poczucia bezpieczeństwa. I coś bardzo ważnego: nowy początek, bez balastu przeszłości. Bachor został w domu, tutaj była Katarzyna…

Matka Katarzyny była w jej szkole, w ciągu czterech lat nauki, dokładnie cztery razy. Na wywiadówkach, gdy to było absolutnie konieczne. Nie przeżyła radości i dumy, gdy córka co roku dostawała świadectwo z czerwonym paskiem, nie oglądała studniówkowego poloneza, nie widziała nawet pokoju córki w internacie. Do tego życia Katarzyna jej już nie wpuściła.

– Tam był nowy początek. Nie byłam Kaśką, za którą ojciec latał z pogrzebaczem. Nawet jeśli niektórzy wiedzieli cokolwiek o moim dzieciństwie, nikt nigdy o tym ze mną nie rozmawiał. Do domu, jeśli to można było w ogóle nazwać domem, jeździłam do pełnoletności bardzo rzadko. Potem już nie musiałam. Poza pogrzebami, na których wypadało być. Na początku jeszcze utrzymywałam kontakt z rodzeństwem. Był nawet taki moment, gdy siostra wpadła na pomysł, aby za moim przykładem pójść do mojego liceum, też do internatu. Ale uczyła się dużo gorzej, ostatecznie poszła do technikum odzieżowego. Szybko wyszła za mąż. Ale raczej kiepsko trafiła. Jej mąż też lubi sobie wypić… – zawstydzona, opuszcza głowę.

– Wiesz… kupowałam kiedyś małpki w nocnym sklepie z alkoholem, ekspedientka, która mnie obsługiwała, popatrzyła na mnie z takim samym politowaniem, jak na tych meneli, którzy pod sklepem stali i wiesz… ja zrozumiałam wtedy, że w sumie niczym się od nich nie różnię, jestem tylko bardziej elegancko ubrana i mam kartę płatniczą, a na niej kilka tysięcy złotych, ale jestem niewolnikiem picia tak samo, jak oni… Ci, których tak się brzydzę…, których tak nienawidzę… Jak mojego ojca… I wiesz, co wtedy zrobiłam? Naubliżałam tej kobiecie, za nic w sumie, za to spojrzenie… Okropnych rzeczy jej nagadałam, a ona cały czas spokojnie patrzyła z litością. A ja plułam nienawiścią… jak mój ojciec…– w oczach tej bezwzględnej Katarzyny stoją dwie duże łzy.

Kiedy koleżanki i koledzy z liceum przesiadywali w parku i jeździli na rowerach, Katarzyna udzielała korepetycji, a za zarobione pieniądze intensywnie uczyła się angielskiego. Znakomicie radziła sobie z przedmiotami ścisłymi. Po jakiejś olimpiadzie dostała się na wakacyjne praktyki do dużej, znanej firmy. I to był początek jej zawodowych sukcesów. I nierównej walki z sobą.

– Pierwsze wyzwania, pierwsze projekty, zderzenie z ludźmi, którzy przewyższali mnie we wszystkim. Kuliłam się w sobie, wymiotowałam ze strachu, ale szłam do przodu. Mnóstwo szkoleń miękkich wtedy miałam… zaczęło do mnie docierać, co to DDA… Poszłam do psychologa, ale kompletnie nie złapaliśmy kontaktu. Ona się skupiała tylko na moich problemach z seksem. Mnie zżerał strach, kompleksy, problemy z poczuciem własnej wartości… Zaharowywałam się, żeby o tym nie myśleć. Dzienne studia, praca, szkolenia, praca. Sen tylko po środkach uspokajających… Anoreksja… mordercze treningi na siłowni…

Cześć II - wkrótce

Aneta Kowalewska

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 07/06/2026 11:12
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo pultusk24.pl




Reklama