Są w Polsce miasta z morzem tuż obok, są otoczone górami, są z historią przemysłową, tradycjami wojskowymi czy też otoczone niebanalną przyrodą. Wszystkie z tych swoich atutów mniej lub bardziej korzystają. Pułtusk natomiast ma parowóz. Nie jeździ, nie sapie, nie ciągnie wagonów, ale za to doskonale ilustruje, jak w samorządzie potrafi zadziałać wszystko – oprócz zdrowego rozsądku.
Bo to jest parowóz na miarę naszych możliwości. My tym parowozem otwieramy oczy niedowiarkom. I przy okazji otwieramy portfele mieszkańców.
Pomysł był prosty i piękny w swej prostocie: skoro kiedyś istniała linia do Nasielska, to zróbmy w Pułtusku pomnik kolejarski. Nieważne, że tradycje kolejowe mamy tak mizerne jak rozkład jazdy tej wąskotorowej linii w ostatnich latach istnienia. Pomnik musi być – wymyślił radny. Inni podchwycili i… lokomotywę wypożyczono.
Tak oto do Pułtuska trafił parowóz PX48, użyczony naszemu miastu przez Muzeum Kolejnictwa do 2031 roku. Nie kupiony, nie podarowany, tylko pożyczony – jak książka z biblioteki, z tą różnicą, że za wypożyczenie książki się nie płaci, a przede wszystkim nie rdzewieje, gdy spadnie z niej okładka.
Żeby parowóz mógł godnie stać i godnie nie jeździć, trzeba było go wyremontować, postawić, podłączyć do narracji historycznej i jakoś wkomponować w przestrzeń bez torów, dworca, semaforów. Koszt? Grubo ponad półtora miliona złotych. W mieście zadłużonym na ponad sto dwadzieścia milionów! Ale spokojnie – 948 tysięcy dawało województwo mazowieckie. Resztę dorzucą mieszkańcy, nawet jeśli nie wiedzą, że dorzucają.
I tu nastąpił moment rzadki w przyrodzie: ktoś w urzędzie powiedział „stop”. Pełniąca obowiązki burmistrza Marzena Cendrowska zapytała mieszkańców, czy naprawdę chcą wydać ponad 600 tysięcy złotych na ekspozycję parowozu, który za kilka lat trzeba będzie oddać albo płacić karę. Mieszkańcy w nieformalnych, przeprowadzonych w mediach społecznościowych konsultacjach odpowiedzieli nie. Będąc precyzyjnym - zdecydowana większość mieszkańców. Wiadomo jednak, że w samorządzie opinia mieszkańców jest bardzo ważna – zwłaszcza wtedy, gdy nie zanosi się na jakieś szybkie wybory.
Za pytaniem i odpowiedzią nie poszły więc czyny. Po przyśpieszonych wyborach konsultacje zostały zapomniane i nikt w urzędzie nie planuje lokomotywy oddawać. Z planów remontu również nic nie wyszło. Efekt? Parowóz stoi na placu PEC i rdzewieje w tempie godnym kolei expressowych. Plandeka, którą był jeszcze jakiś czas temu przykryty zniknęła, decyzje, aby go zwracać wyparowały, a pieniądze na niezbędny remont nie znalazły się.
Oczywiście są obrońcy. Bo parowóz to „perełka”, „historia”, „turystyka”, „jak w Ciechanowie”. A poza tym: skoro polityczny przeciwnik był przeciw, to tym bardziej trzeba być za. Nawet jeśli nie bardzo wiadomo za czym.
I tak w Pułtusku mamy dziś idealny eksponat, symbol, pomnik. Nie kolejowy, nie historyczny, tylko samorządowy. To parowóz, który nigdzie nie jedzie, ale za to świetnie pokazuje, jak można utknąć na bocznicy, nie zauważając nawet, że tory dawno się skończyły.
Bareja by tego nie wymyślił. On by to jednak uznał za zbyt wielką przesadę.
Grzegorz Hubert Gerek
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze