:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
  20°C bezchmurnie

Żegnaj Dyrektorze!

Kondolencje, Żegnaj Dyrektorze! - zdjęcie, fotografia

W minioną sobotę, 29 września, w ukochanych lasach Puszczy Boreckiej, zmarł nagle Grzegorz Russak. Był on przez kilkanaście lat dyrektorem Domu Polonii w Pułtusku. Zostawił w naszym mieście bardzo solidny ślad. Legendarny dyrektor zasługuje na naszą pamięć. Dziś ŚP. Grzegorza Russaka, w Kościele Dominikanów na Służewiu nad Dolinką w Warszawie, pożegna rodzina, bliscy, przyjaciele, a wśród nich liczne grono pułtuszczan. Nasz Drogi Przyjaciel spocznie w rodzinnym grobie na Cmentarzu Komunalnym Północnym, na warszawskich Bielanach.

***

Moje pierwsze wspomnienie jest jeszcze z czasów, gdy nie znaliśmy się z dyrektorem Grzegorzem Russakiem osobiście. Byłem studentem Uniwersytetu Warszawskiego i po jakichś zajęciach poszliśmy z kolegami do któregoś z warszawskich barów na jakąś zupkę. W barze było włączone radio, a w nim relacja z jakiejś imprezy w Pułtusku. Oczywiście pochwaliłem się, że to moje miasto i razem słuchaliśmy audycji. W pewnym momencie reporterka rozmawiała z Grzegorzem Russakiem. Opowiadał o Pułtusku, Domu Polonii, Narwi. W pewnym momencie zaczął mówić o muzycznych biesiadach w tawernie nad samą rzeką. Zafascynowanej reporterce zdradził tajemnicę o bobrze, który siada na leżącym na drugim brzegu powalonym pniu – o, widzi pani tamten pień – mówił dyrektor – Ten bóbr sobie tam siada i jak tutaj gramy „Hej Sokoły”, to on porusza się w rytm! Reporterka i pół baru w Warszawie z zadziwieniem szeroko otwierało oczy wyobrażając sobie pułtuskiego bobra tańczącego do „Hej sokoły”!

***

Kiedy wejdą Państwo do pułtuskiego zamku na recepcję, warto przyjrzeć się ciekawemu dziełu wiszącemu po prawej stronie. Niemal całą ścianę zajmuje poczet królów i książąt Polski. Obrazy ułożone w imponującą całość, prezentują się okazale. Byłem autorem pomysłu na zdobycie tych obrazów i ściągniecie ich do Pułtuska. Są one wierną kopią dzieła Matejki. Namalował je w latach powojennych bardzo utalentowany artysta. O ile dobrze pamiętam są wykonane na deskach zdobytych z pudeł, w których dostarczana do Polski była pomoc z UNRY. Poczet tułając się u różnych prywatnych właścicieli stał się zastawem jakiejś pożyczki i niszczał w jakimś magazynie w podwarszawskiej miejscowości. Przypadkowo się na niego natknąłem i, traktujący je po macoszemu właściciel, pozwolił mi zabrać jeden z obrazów. Kiedy go pokazałem dyrektorowi Domu Polonii natychmiast zapadła decyzja – kupujemy! Cała operacja negocjacji i zakupu była dość skomplikowana (sprzedawca marudził i podbijał cenę), ale zakończyła się sukcesem. Determinacja i pomysłowość, z jaką działał w tej sprawie Grzegorz Russak, była niesamowita – dość powiedzieć, że finał negocjacji odbył się w trzeciej bądź czwartej godzinie przyzwoitej kolacji!

Poczet królów i książąt w Pułtusku jest!

***

Jest wielce prawdopodobne, że część różnorakich opowieści Grzegorza Russaka była solidnie podkoloryzowana, aby nie powiedzieć fantastyczna. Niektóre były aż tak fantastyczne, że aż prawdziwe, jak historia o rozanielonej Angeli Merkel roniącej łzy na szerokim ramieniu Grzegorza. Przyszła kanclerz Niemiec w latach 90 – tych była niemieckim ministrem środowiska i podczas wizyty w Polsce odwiedzała wraz ze swoim polskim odpowiednikiem - ministrem Stanisławem Żelichowskim - Pułtusk. Był maj, wieczór, do kolacji podano południowoafrykańskie wino. Wyśmienita kuchnia z zacnym trunkiem wprawiła wszystkich w doskonały humor, więc pomysł wieczornego rejsu gondolą bardzo się spodobał niemieckiej minister. Kiedy nad Narwią zapadł już zmierzch, znad lasów podniósł się księżyc w pełni, pachniały bzy i kasztany, skrzypek na drugiej gondoli zagrał coś o Dunaju, wino z RPA okazało się jeszcze lepsze, niż przy kolacji.
- Oh, wie schön hier ist- załkała Angela Merkel i uroniła łzę szczęścia oparta o męskie ramię Grzegorza Russaka!

- Ja potem sam mogłem z nią wejście do tej Unii załatwić, wcześniej i na lepszych warunkach – kończył tę opowieść dyrektor - Ale nie chcieli mojej pomocy – dodawał.

***

Grzegorz Russak był człowiekiem wielkiej postury i wielkiego serce. Był jednym ze współzałożycieli Społecznego Komitetu Pomocy Dzieciom przy parafii św. Józefa w Pułtusku. Pamiętam pierwsze spotkanie społeczników w Domu Polonii, pamiętam też wszystkie akcje pomocy. Pamiętam, jak najbiedniejsze dzieci z Pułtuska stołowały się w ekskluzywnych restauracjach Domu Polonii...

***

Myśliwym był fenomenalnym! Takim z krwi i kości, i z obrazów Fałata. Polowaczka była dla niego hemingwayowską, epicką, niekończącą się przygodą dla prawdziwych mężczyzn. Była namiętnością, pasją i rywalizacją. Zawsze powtarzał, że łowiectwo wykonywane przez etycznego człowieka z pasją, to najbardziej humanitarny sposób na pozyskanie mięsa. Rozumiał jednak tych, co w imię wyższych idei i wartości byli w stanie w ogóle nie jeść mięsa. Wszystkich krytyków łowiectwa, wcinających na co dzień schabowe ze sklepu, omijał w dyskusjach szerokim łukiem – nie cierpiał hipokryzji!

Polowaliśmy wiele razy. Te polowania miały swój urok, choć nie były jakoś bardzo spektakularne, jeśli chodzi o wyniki. Wprost przeciwnie – ich wartość to te długie gawędy, dyskusje o wyższości pasztetu z zająca nad wszystkimi innymi pasztetami, te wspomnienia sprzed lat i dekad, te wspólne podróże do zimowej, zasypanej śniegiem po pas Puszczy Białowieskiej.

***

O polskiej kuchni mógł mówić nieustannie. Znał ją doskonale, szukał starych przepisów, próbował, testował, smakował, odkrywał i gotował. Od wielu lat jego felietony kulinarne cieszyły się popularnością wśród czytelników Łowca Polskiego. Jako propagator zdrowej, tradycyjnej polskiej kuchni był niezastąpiony. Dwa lata temu stał się twarzą akcji promującej produkty kulinarne jednej z niemieckich sieci handlowych. Promował w niej polską dziczyznę. Takie rzeczy potrafił tylko Grzegorz Russak – za niemieckie pieniądze promować najwspanialszą i najzdrowszą polską dziczyznę!

Bardzo dawno temu wpadł na pomysł, aby stworzyć i wypromować pułtuską, lokalną potrawę. Chciał, aby to było danie serwowane nie tylko w Domu Polonii, ale także w innych restauracjach. Danie to nazwał „Kurpiowski warkocz Maryny”, czyli solidny kawałek zaplecionej polędwicy serwowanej z opiekanymi ziemniakami i kapustą.

***

Był charyzmatycznym Dyrektorem. Stanowczym, zdecydowanym, wymagającym od siebie i od innych. Stworzył Dom Polonii jaki znamy, stworzył zespół ludzi, którzy z pasją i zaangażowaniem budowali legendę tego miejsca. Gondole, własna wędzarnia, własny chleb, własne nalewki, własne przetwory. Wszystko potrafił dopracować, dopieścić i doprowadzić do perfekcji. Pamiętam, jak kiedyś testował nowy pomysł grzanek czosnkowych do piwa. Robiłem za testera, a testy trwały długo! Nowe smaki nalewek też wymagały wiele testów i prób. A pierogi z kurkami, a smalec z jabłkiem…

Niektóre z jego pomysłów były wręcz niewiarygodne – jak choćby możliwość wyboru przez gościa sandacza czy szczupaka z wielkiego akwarium, które było w jednej z restauracji. Gość wybierał, kelner wielkim podbierakiem wyciągał rybę i zanosił do kuchni. Tam ją wpuszczano do drugiego akwarium, a smażono wcześniej przygotowane i zamarynowane, idealnie doprawione filety z ryb złowionych w Narwi.

Dbał o kulinarne szczegóły – deski wędlin z pasztetami zawsze były dekorowane gałązkami jarzębiny, sos tatarski musiał być bardzo świeży, chleb koniecznie na chrzanowych liściach, a masło idealnie śmietankowe. Kiedy przychodził sezon, skupował niewiarygodne ilości jagód, grzybów i innych darów lasu. To właśnie wyróżniało jego kuchnię w Domu Polonii – mnóstwo przetworów z lokalnych produktów wykonywanych na miejscu.

Uwielbiał plenerowe imprezy nad Narwią bądź na polanie w Puszczy Białej. Jego dania z rusztu (nie lubił nazwy „grill”) smakowały wspaniale, także dlatego, że serwowane były z glinianych talerzy wykonywanych w zamkowej garncarni. To był jego autorski pomysł, aby wszędobylskie plastikowe czy papierowe naczynia zastąpić glinianymi. Glina, trochę węgla i pensja garncarza kosztowały Dom Polonii mniej niż dostawy dużej ilości jednorazowych naczyń. Wśród tych glinianych naczyń były też specjalne „russakowe kieliszki” - małe, zgrabne i… bez nóżki, a tylko z uchwytem na sznurek. Zakładało się taki sznurek na rękę i każdy kolejny toast trzeba było wykonywać natychmiast, bo odstawić kieliszka było nie sposób.

***

Jak się na coś uparł to nie było zmiłuj. Kiedy w 1999 roku podejmowano decyzję, gdzie będzie odbywał się w następnym roku Zjazd Polonii Świata, kandydował Kraków i Pułtusk. Ktoś powiedział, że Pułtusk jednak nie, bo tam nie ma dużej sali. Russak odpowiedział, że do kwietnia będzie. A był listopad bądź grudzień, więc nikt nie wierzył. Maneż powstał siłą woli i dzięki wspaniałym budowlańcom. Nie muszę dodawać, że każdego dnia Dyrektor był na tej budowie.

***

Odchodził z Pułtuska w smutnych okolicznościach. Zbyt samodzielny, zbyt niezależny, powoli stawał się solą w oku warszawskich decydentów. Decyzja o jego odwołaniu zapadła w ważnych gabinetach. Pułtusk jednak go bronił. Pamiętam ten dzień pod koniec lutego 2003 roku, kiedy ówczesny szef Wspólnoty – Andrzej Stelmachowski przyjechał z nową dyrektorką odwoływać Grzegorza Russaka. Z grupą pułtuszczan walczyliśmy o niego do końca. Nie udało się, ale próbowaliśmy...

Potem rzadko bywał w Pułtusku, choć często przez niego przejeżdżał w drodze na Mazury. Do Domu Polonii zawitał dopiero po 13 latach – w maju 2016 roku. Odwiedził wtedy swój zamek zaproszony przez nowego Dyrektora Michała Kisiela. Zdjęcie z tej wizyty ilustruje ten tekst.

Pamięć o Grzegorzu Russaku będzie w Pułtusku wieczna. Warto ją utrwalić symboliczną ławeczką, bądź pomnikiem, gdzieś przed pułtuskim Zamkiem i nazwą placu bądź ulicy.

Dziś, w kilka dni po śmierci, żegnamy Człowieka, który mimo że nie mieszkał w naszym mieście już od tylu lat był Pułtuszczakiem!

A więc żegnaj Pułtuszczaku!

Grzegorz Hubert Gerek


 


Kondolencje, - więcej informacji